Etiquetas

2013/02/21

Nogi.

Wlazac pod gore chwytam sie za nogi; chwytam sie za nogi, zeby sobie nie uciec, zeby czuc, ze maja jeszcze sile, jakis miesien do napiecia. Kocham swoje nogi.

Wspinaja mnie te nogi na gory. Gorki. Schody, ciezarowki, mury, kontenery. Bardzo pieknie. Z zadyszka piekna pluca. Z niewielka pomoca slabych lap. Leziemy.

Kocham swoje nogi, bo ledwo, ale ida. Sie wspinaja. Z obolalym kolanem, z trzaskajacym biodrem - dajemy rade. Wiatr 80km/h dmuchajacy prosto w morde, obslizgle deszczem kamienie, na plecach ciezar sprzetu i zarcia - dajemy rade.

 Bo jak to, zeby rady nie dac?


2013/02/05

Bolivia razy dwa, czyli wszystko krótko, bo naraz za dużo.

Na granicę wiezie nas Rodzina: on nie widzi, ale porusza się w tym świecie sprawniej niż ja; on zaczyna niedowidzieć, ale już widział tyle, widzi tyle poza twarzą, słyszy przez słowa. Piękna droga, piękna wizyta na rynku jednego z maleńkich miasteczek, pięknie przy drogach gotowany obiad.

W nocy rozstajemy się pod granicą Peru-Boliwia. Przejście jest jeszcze oficjalnie czynne, ale strażnikom nie chce się już pracować: zamknęli się w środku i na nic walenie w drzwi, na nic tłumaczenie, że nie stać nas na peruwiańskie hotele, że musimy przejść. Jutro. Jutro, wszystko jutro.

Idziemy w stronę bramki. Możemy przejść bez pieczątki? Wrócimy rano, obiecujemy. Nie ma problemu, przecież. Na drugiej bramce tłumaczymy, że pozwolili nam przejść na noc. Ok. Tylko szybciutko. Idziemy, w kieszeni 17 bolivianos albo osiem złotych na nas obie. I trzeba gdzieś spać, bo granica jak to granica, nie jest najlepszym miejscem do koczowania na ulicach.

Ale nigdzie nas nie chcą. Nie możemy dzielić łóżka, nie możemy spać w przedsionku noclegowni, nie ma absolutnie nic tańszego i czemu po prostu nie zapłacimy więcej, skoro to i tak trzy razy taniej, niż tu za bramką. I nikt nie rozumie, że można mieć niebieskie oczy i puste kieszenie, to naraz nie istnieje.

Ktoś odsyła nas w ciemną uliczkę, tam ponoć znajdziemy coś tańszego. Nic tańszego nie znajdujemy, ale znajdujemy kogoś, kto ma garaż - w garażu nic, ale przecież jest dach, są ściany, może nas zaprosić. Zaprasza. Śliczna noc na betonie, rano żegnamy się dając jedną z naszych plecionek, wracamy na przejście.

Strona peruwiańska to podział na wejście i wyjście, kilka okienek w czystym biurze. Boliwijska: nieskończona kolejka do zapadającego się biureczka. Zdaję sobie sprawę, jak proste jest Peru. Jak bardzo tęskniłam za Boliwią. Poza ślimaczącym się wężykiem i marudnym urzędnikiem czas uprzyjemnia pora deszczowa - ale w ten sposób wszystko się przedłuża i znów spotykamy Rodzinę, jedziemy dalej razem. Cudnie!

Jakieś 60km przed La Paz zmieniają trasę, ale zgarnia nas pierwszy samochód. Nie ma problemu z autostopem tutaj jednak, warto tylko wyjaśnić, że nie będziemy płacić - i wszystko działa. Więc znów La Paz, znów otwarty dom J. z jego nieskończoną ilością gości, z sąsiadami nieufnie spoglądającymi przez murek, marudzącymi na przewijających się ludzi. Nasza druga wizyta to ostatnia wizyta w ich domu - sąsiedzi zaczęli odcinać im wodę, trzeba na jakiś czas odpuścić gości. Im też się to przyda - J. nie pracuje, M. wraca z pracy wykończona. I zawsze - zawsze - dom jest pełen.

Pleciemy dużo. Sprzedajemy wszystko. Miasto jakby głodne bransoletek - kupują nawet, kiedy zostajemy już z ostatnią, sprzedajemy trzymając ją w dłoni. Nie chcesz kupić bransoletki? Ty podajesz cenę, dla nas "mało" nie istnieje. W domu więcej pracy, żeby zarobić w kolejnych miastach; ja plotę, w kuchni trzy osoby gotują dla wszystkich, ktoś żongluje, ktoś śpiewa, ktoś robi swoje wisiorki z kwarcu i metalu. Teraz jeden z tych pięknych wisiorków jeździ ze mną, szczęśliwie kołysze się pod szyją.

Szalona La Paz. Nie ma spokoju w La Paz, nie ma. Jest sobotni poranny bieg, żeby odebrać list Anny, zanim reszta się obudzi i wyjedzie beze mnie. Tyle kilometrów na tych cholernych wysokościach, żeby nie płacić za autobus. Bo nie mogę, bo trzeba oszczędzać na chleb i list do Czech. Bo list do Czech kosztuje 90 boliwijskich chlebów, ale przecież jest od tych chlebów ważniejszy.

Dalej Oruro, przygotowania do karnawału, tańczące ulice, stragany i trąbki i bębny. Juan Carlos otwiera swój dom-jaskinię, dużą, pustą przestrzeń, w której mieszczą się ludzie i plecaki. Oprócz nas dwójka ślicznych studentów, jeden wariat, jeden bardzo poważny medyk; aż się człowiek czuje stary i nieodpowiedzialny, bo te trzy lata (hehe) różnicy, bo to moje zostawienie medycznej i nieużyteczne, ale przecież ciekawe studia potem. Quinoa, karcianki, ganianie pięciolatka i przepychanki-ściskanki, bo za mało mamy krzeseł i to przecież bardzo dobrze.

Kolejne samochody (ciężarówka, osobówka, karetka pogotowia) wiozą nas do Potosi. W samym Potosi nudno i pada. Ojo del Inca, czyli gorące źródła, do których naprawdę nie chcesz wejść ze świeżym tatuażem. Taki odruch odpowiedzialności - rzadko, ale się przytrafia.

W karetce ktoś opowiada mi, że już raz kiedyś spotkał jednego gringo - w ogóle się nie rozumieli, ale został w ich domu na trzy miesiące. Nie nauczył się w międzyczasie języka na tyle, żeby wyjaśnić, kim jest, ale codziennie wychodził w góry zbierać ślimaki. I coś tam notował. Potem wrócił kilka lat później z całą swoją rodziną - i dalej nie rozumieli ani słowa. I też był tak szalenie wysoki i strasznie biały, całkiem jak ja.

2013/02/04

Cuzco, czyli wszystko i nic.

Śniadania: paneton i wino. Kolacje: kakao i awokado. Po pokoju kręci się kot. Po domu kręci się G. i jego znajomi. Ktoś daje mi w prezencie koraliki do moich bransoletek, ktoś robi mi po przyjacielsku nowy tatuaż. Leziemy na Machu Picchu torami, od czasu do czasu uciekając przed mijającymi nas w pociągach turystami z pieniędzmi (żeby dostać się na MaPi płacisz dużo za możliwość przejścia ścieżki trekkingowej, albo jeszcze więcej za pociąg właśnie. Innych dróg nie ma, więc leziemy nielegalnie i darmowo. Jak wszyscy normalni ludzie.) Łazimy po Cuzco w deszczu i bez planu. Wyjeżdżamy z miasta na kolejne góry, kolejne ruiny. To są jakieś dwa tygodnie, Nowy Rok na głównym placu - przytulam wszystkich, wszystkich, a jest tych wszystkich dużo - tyle darmowego alkoholu za mój czerwony nos klauna, tyle darmowego śmiechu i uśmiechu za moje otwarte ramiona. Jeśli przyjrzysz się temu z bliska, nie robimy nic konkretnego. Piękny, piękny czas. I tak ciężko zebrać się do powrotu do Boliwii.

Navidad a'la Lima, albo ucieczka przed Grinch'em.

W wigilię Wigilii przyjeżdżamy do Limy. Od kiedy przekroczyłysmy granicę, dostajemy po 5-10 zaproszeń dziennie od bodaj wszystkich lokalnych dewiantów: i z tej sterty nagich profili wygrzebujemy jedno, jedno jedyne normalne zaproszenie na święta. Wszystko ustalone, Paco odbierze nas z parku w nocy. To czekamy.

Czeka się wspaniale, bo miasto wita nas darmowymi galeriami, darmową świąteczną animacją w parku. Dużo kotów. I się przytulają. I palemki. I w ogóle wspaniale. Ktoś się dosiada, zaprasza na święta do siebie (bo mieszka sam, ale już kupił indyka, wino i czekoladę, więc chętnie się podzieli); parkowy policjant pożycza nam telefon, żeby zawiadomić P., później wraca, żeby pokazać nam jego odpowiedź. No, jednym słowem doskonale.

Więc zgarnia nas w nocy i odwozi do domu. Wigilię zaczynamy bardzo nudnym śniadaniem (to znaczy: bardzo cichym śniadaniem, jakby człowieka zamknęli w klasztorze jakimś ciemnym i głuchym) i poszukiwaniem prezentów dla ciotek P. Borze zielony. Tęsknię za polską wigilią.

I z każdą godziną tęsknię bardziej: nie dzieje się nic. Każdy w swoim pokoju, przy swoim komputerze, nikt nie rozmawia, nikt nie reaguje na próby rozmowy. Pytam J., jak się czuje, czy może to tylko ja histeryzuję, przyzwyczajona do całej rodziny zwalającej się do domu z kolędami i stosami jedzenia. A więc nie, J. też cierpi - przegrzebując CS grupy znajdujemy czyjąś wiadomość: mieszkam sam, więc zapraszam wszystkich bez planów, będą pewnie ze trzy osoby, ale mamy jedzenie i rum. A-cha! Spisujemy adres Ale, wybiegamy z domu i już jest lepiej. Choćbyśmy miały spędzić święta na ulicy - wszystko jest lepsze, niż to więzienie w domu statystyków.

Do kolacji u Ale jeszcze sporo czasu - ale przecież Wigilia, wszystko zamknięte. Znajdujemy pizzerie i rozpaczając nad taką wigilijną kolacją uśmiechamy się tylko do naszej ucieczki, do niedopitych piw zgarniętych ze stolika obok. Powtarzaj sobie: wszystko jest lepsze, niż święta z Grinchem.

Szukając mieszkania A. zgarniamy z ulicy jakąś przypadkową osobę - ktoś nas zaczepia, właściwie nie ma planów na najbliższe dwie godziny, więc idzie z nami (ostatecznie zostaje do następnego dnia; A. nie bardzo się dziwi, że przychodzimy z kimś, wiec nie ma problemu).

Więc tak. Wszyscy bardzo grzecznie kroją swoje porcje kolacji. Cywilizowane gadki o różnicach kulturalnych, bo tacy jesteśmy internacjonalni wszyscy. Ale, przecież. Godziny. Wino, rum, szampan, whisky. Salsa i argentyński rok. I nagle świta, i nagle widzisz, że wszyscy tarzają się po podłodze, znajdujesz kogoś malującego stopami po płótnie, kogoś śpiewającego na balkonie, kogoś śpiącego w łazience. Oczywiście zostajemy na dłużej... po południu toczymy się tylko, żeby odebrać plecaki z domu Grincha, wracamy na sniadanie, czyli paneton i mojitos. Budzi nas zerwany zlew, powódź w kuchni. Coś ratujemy i wracamy na przytulną podłogę. I tak przez nabliższe dni: rum, plaża i pelikany. Hej kolęda, kolęda!

Lew morski. Pisco, Paracas, Islas Ballestas.

Przez pustynie tirami tyramy nad Pacyfik. Osiedla domków z trzciny pośrodku niczego, stragany ze słodkimi ogórkami. W nocy Nazca, nocny po Nazce spacer w poszukiwaniu taniego jedzenia - we wstrętnej budce obsługuje nas kilkuletnia dziewczynka. Okropna jest Nazca. Rano uciekamy.

Ale uciekając - uciekając wszystko się ratuje. Zgarnia nas dwójka braci, właściwie to nie planowali wyjeżdżać z miasta, ale autostopowiczom zawsze trzeba pomóc. Obwożą nas po bliskich okolicach, fundują śniadanie z tortilli, soków i lodów, napychają nam plecaki jedzeniem na drogę i odwożą na wieżę, z której widać część linii (tych linii Nazca, co to są bardzo historyczne, histerycznie wręcz historyczne, co to za oglądanie ich z samolotu płaci się Dużo, więc my widzimy tylko to, co z tej zardzewiałej wieży). Dalej już ciężarówki, droga do Pisco. Wybrzeże tańczy i śpiewa.

Bo brzeg oceanu zawsze chyba jest taki, że automatycznie zmieniasz buty na japonki, spodnie na kolorowe kiecki i kwieciste shorty, że zaraz pijesz zimne piwo i drinki z palemką, zaraz rybackie łódki, wycieczki na wyspy, salsa, surferzy i dużo śmiechu. Zrzucamy plecaki w tymczasowym domu i lecimy na bożonarodzeniową imprezę w przetwórni krabów. Pisco, pisco, pisco, juka i kukurydza. I nawet ja tańczę. A to znaczy wiele, bo ja nie tańczę nigdy.

Dalej lwy morskie. Pingwiny. Islas Ballestas - Galapagos dla ubogich, czyli dla nas. Prezent dla siebie nad Boże Narodzenie: jest 23 grudnia, w słońcu łapiemy stopa w górę Panamericany.