Nie pamiętam, co mnie obudziło: samochód, jego kroki, czy dopiero szarpanie tropiku. Pamiętam tyle: z całej siły trzymam od środka zamek namiotu - jeśli nawet uda mi się wyciągnąć nóż z plecaka, czy będę w stanie go użyć?
Zaczęło się od rogalików z różą. Nie mogłyśmy ruszyć się od któregoś z darmowych stołów - od najwyszukańszego z darmowych stołów - tak długo, aż nie było już sensu spieszyć się na południe kraju. Leniwie jechałyśmy w dół kraju, podsypiając przy drodze, szukając spokojnego miejsca na długą noc.
Zapytałam któregoś z kierowców, czy nie zna dobrego miejsca na rozbicie namiotów. Wszędzie pola słoneczników. Szukamy wolnego kawałka ziemi, kawałka ziemi, na którym nie zetnie nas z rana kombajn. Dobrze się składa - jego przyjaciel gdzieś między tymi polami ma kawałek ziemi nad stawem, nikt tam nie przyjeżdża, więc możemy bezpiecznie odpocząć, rano ktoś odwiezie nas z powrotem na większą drogę.
Więc odwozimy tylko broń (wracają z polowania) do jego domu, witamy się ze zdziwioną rodziną i wio na działkę. Tam paru kumpli pije nad wędkami, ale po chwili rozjeżdżają się do swoich domów. My swoje domy wyciągamy z plecaków, rozbijamy nad wodą. καληνύχτα, καληνύχτα!
Potem już trzymam mocno zamek namiotu i klnę łamanym rosyjskim. Klnę i nie mam pojęcia, co robić - jeśli puszczę zamek, żeby wyciągnąć ten nóż - otworzy namiot. Jeśli otworzy namiot, zanim wyciągnę nóż, zostaną mi już tylko te moje łapy słabe do obrony. Ale czy nóż jest jakąkolwiek obroną? Czy sama nie zrobię sobie nim krzywdy? Czy nie zdenerwuję go bardziej? Ręce już mi słabną i coraz bardziej dociera do mnie beznadziejność sytuacji, więc lepiej spierdalaj prędko. Spierdalaj, ja cię proszę.
Wiem, że wcześniej w nocy przyjechały dwa samochody: Radu i któryś z jego kumpli. Oboje zdziwili się na swój widok, oboje powiedzieli, że czegoś zapomnieli - i odjechali prędko, jeden za drugim. Radu musiał pić dalej po powrocie do domu - nie był wcześniej w takim stanie. Teraz obłapuje mnie przez tropik i nie wiem, kurwa, nie wiem, co robić. Nawet, jeśli wyskoczę z namiotu - dokąd ucieknę? W pole słoneczników, do stawu? Wydrę się tak, żeby obudzić dziewczyny, ale co nawet w trójkę możemy zrobić temu wielkiemu bykowi?
Więc dalej: Anna, no co ty... Spierdalaj! Ty ochujał? Spierdalaj, paszoł won, kurwa. Śliczne nocne wrzeszczanki. Wrzeszczanki histeryczne i powtarzane - aż odchodzi. Puszcza. Wstaje. Idzie. Czymś ciężkim wali w metalowe drzwi budki na narzędzia. Strasznie to brzmi, to walenie. W tej dopiero chwili słyszę przerażony szept Sofii z drugiego namiotu: Ania, żyjesz? Żyję. Dobrze. Potrzebujesz pomocy? Nie, teraz nie, chyba już pójdzie. Śpijcie.
Wsiada do samochodu. Wielkie, ciężkie auto wielkiego, ciężkiego faceta. Ryk silnika i światła przebijające przez mój materiałowy dom; boję się przez chwilę, że chce nas ten kretyn porozjeżdżać - ale co, uciekać mam z namiotu? I znów - w pole, do stawu? Odjeżdżaj, spierdalaj już. No, raz, dwa! Proszę.
Odjeżdża.
Zbieramy się rano, nad śliwkami i chlebem dzielonymi z psem Radu (pies bardzo jest kochany, siedzi tu z nami cały czas) rozmawiamy o tej nocy. Że trzeba było je budzić, że dałybyśmy razem radę. Ale nic się nie stało, cudownie się poszczęściło. To nie jest zły człowiek, tylko straszliwie pijany. Ale kiedy walił w te drzwi metalowe - wiesz, bałam się, że tobą tak wali. Tymi twoimi blond zwłokami.
Romi słucha i nie rozumie. Coś się stało? Coś się działo? Spała mocno całą noc. Nie słyszała nic.
Nadranek, więc dobrze jest, spokojnie. Zwijamy namioty, ruszamy przez pola; gdzieś kawałek podrzuca nas transportówka pełna słonecznika. Dalej przez las (dwa chude, samotne konie w tym lesie), pastwiska. Piękne pastwiska, krówek pełne. Piękne krówki. Za pastwiskiem nowa, śliczna droga na południe.
Páginas
Etiquetas
- Polonia (25)
- Espana (19)
- Brasil (17)
- Bolivia (7)
- Chile (7)
- Peru (7)
- Macedonia (5)
- Argentina (4)
- en ingles (4)
- Gibraltar (3)
- Kosovo (3)
- Magyar. (3)
- kot. (3)
- tłumaczenie. (3)
- Hellada (2)
- Hrvatska (2)
- Moldova (2)
- Montenegro (2)
- Norwegia (2)
- Paraguay (2)
- uk (2)
- ważne ważne (2)
- Bulgaria (1)
- Eesti (1)
- Italia (1)
- Latvija (1)
- Lietuva (1)
- Romania (1)
- Slovenija (1)
- Ukraina (1)
- Česká rep. (1)
Mostrando entradas con la etiqueta Moldova. Mostrar todas las entradas
Mostrando entradas con la etiqueta Moldova. Mostrar todas las entradas
2011/11/04
2011/08/17
Najpiekniejsze przypadki swiata.
Zimny, pazdziernikowy dzien. Do mojego pol pokoju w Poznaniu przyjezdza na dwa dni gosc - przemeczona autostopowiczka w mokrej drodze przez Polske. Nie znamy sie, nie poznamy sie - ale wszystko jest w porzadku, ona ma gdzie odpoczac, umyc sie i napic grogu, ja swoja uczelniania robote. Polrozmowki znad wlasnych zadan i nie potrzeba wiecej.
Widzimy sie kilka dni pozniej we Wroclawiu, bo przypadkowo jestesmy tam obie. Poszukiwanie pewnego specjalnego krasnala, krotki spacer - tyle.
Ale przeciez po drodze jeszcze sie okaze, ze zadna z nas nie byla w Moldawii. Wiec jedziemy. Jedziemy i nagle - jest przepieknie, jest wlasnie tak, jak nigdy nie bylo, jest wszystko to, czego zawsze brakowalo - dlaczego zazwyczaj jezdzi sie samemu. I dokladnie wszystko jest naturalne: to, ze widzimy sie po ponad pol roku nagle w goracym parku w Bukareszcie, ze prze trzy tygodnie zywimy sie z drzew, smietnikow i monastyrow, razem chorujemy, pijemy i kapiemy sie pod wodospadami czy w swietych zrodelkach, a ktoregos ranka kazda znow jedzie zwyczajnie w swoja strone.
I ze przez rok wlasciwie nie mamy kontaktu, a potem wystarczy powiedziec Czesc, bede w okolicy, moze spotkamy sie w Salonikach? i chwile pozniej odbieram Sofie ze statku, placzac ze szczescia. Nie ma pomyslu na zwiedzanie miasta? Tym lepiej, pojedzmy do Macedonii! Wiec jedziemy. Jedziemy i znow - jest dokladnie tak, jak byc powinno, ze wszystkimi glodowkami, burzami w gorach i polsennym pozegnaniem w przygranicznej komunie. Do zobaczenia, tyle wiemy - bedzie dobrze znow, kiedys, gdzies, bez wlazenia sobie w zycia w miedzyczasie.
Do Poznania wprowadzka na szybko, do pierwszego mieszkania, w ktorym jeszcze jest dla mnie miejsce. W pokoju juz mieszka Aga - Aga ma Artura, i tak powoli zaczynamy sie dzielic: pokojem, czasem, czlowiekiem. Kiedy znika mieszkanie i wspollokatorka, nie znika wszystko; nagle przez przypadek zagniezdza sie czlowiek w zyciu nowy; ciezki i inny - i ja jestem beznadziejna; i nie widzimy sie czesto, poza krotkim czasem, kiedy dzielimy dom albo krotka droge; ale tyle mozemy sobie wzajemnie uswiadomic, pomoc i napsuc przez przypadek, ze tylko czasem dociera, jak bardzo cholernie to jest przepiekne.
Ljubljana wczesna wiosna, noc zaraz po koncercie. Janez nie ma fajek, nie ma trawy, nie ma juz dla mnie cierpliwosci - wiec hej, moze poznamy te dziewczyny z butelka wina? I ta butelka przechodzi w jedna z piekniejszych nocy (z rodziny tych pieknych godzin, kiedy trzeba sie troche postarac, zdziebko tylko wychylic poza sztuczne ograniczenia, a swiat sie juz dalej dzieje niewyobrazalnie dobrze). No i tyle, wiemy, jak sie znalezc, ale tez wiemy, ze nie ma specjalnie do tego powodow, bo po co narazac dobre wspomnienie, konfrontowac z codziennoscia; kazdy jedzie do siebie, znow, dobrze jest.
Ale w lipcu przecinam Chorwacje, nie mam gdzie spac - dziewczyny akurat odwiedzaja swoje rodziny. Wiec dobra, czemu nie, moge wpasc na dzien czy dwa.
I te dwa dni nie krzywdza pamieci, bynajmniej. Bez specjalnych staran jest znow zwyczajnie dobrze. Wiec moze sie do nich wprowadze?
No to sie wprowadzilam. Miesiac jeszcze potem w trasie - i nagle Malaga, zamiast spiworu w krzakach - wlasny pokoj w centrum centrum, zamiast smiania sie do wlasnych mysli przy drodze - podtopienie ze smiechu w czasie wspolnej proby doplyniecia do statku.
Najzwyczajniejsze, najlepiej dzielone zycie - i najtrudniejsza, najwazniejsza sprawa: wpasc nawet nie na siebie samego, ale na ludzi, z ktorymi dzielic sie soba mozna wzajemnie i dobrze dla wszystkich.
Widzimy sie kilka dni pozniej we Wroclawiu, bo przypadkowo jestesmy tam obie. Poszukiwanie pewnego specjalnego krasnala, krotki spacer - tyle.
Ale przeciez po drodze jeszcze sie okaze, ze zadna z nas nie byla w Moldawii. Wiec jedziemy. Jedziemy i nagle - jest przepieknie, jest wlasnie tak, jak nigdy nie bylo, jest wszystko to, czego zawsze brakowalo - dlaczego zazwyczaj jezdzi sie samemu. I dokladnie wszystko jest naturalne: to, ze widzimy sie po ponad pol roku nagle w goracym parku w Bukareszcie, ze prze trzy tygodnie zywimy sie z drzew, smietnikow i monastyrow, razem chorujemy, pijemy i kapiemy sie pod wodospadami czy w swietych zrodelkach, a ktoregos ranka kazda znow jedzie zwyczajnie w swoja strone.
I ze przez rok wlasciwie nie mamy kontaktu, a potem wystarczy powiedziec Czesc, bede w okolicy, moze spotkamy sie w Salonikach? i chwile pozniej odbieram Sofie ze statku, placzac ze szczescia. Nie ma pomyslu na zwiedzanie miasta? Tym lepiej, pojedzmy do Macedonii! Wiec jedziemy. Jedziemy i znow - jest dokladnie tak, jak byc powinno, ze wszystkimi glodowkami, burzami w gorach i polsennym pozegnaniem w przygranicznej komunie. Do zobaczenia, tyle wiemy - bedzie dobrze znow, kiedys, gdzies, bez wlazenia sobie w zycia w miedzyczasie.
Do Poznania wprowadzka na szybko, do pierwszego mieszkania, w ktorym jeszcze jest dla mnie miejsce. W pokoju juz mieszka Aga - Aga ma Artura, i tak powoli zaczynamy sie dzielic: pokojem, czasem, czlowiekiem. Kiedy znika mieszkanie i wspollokatorka, nie znika wszystko; nagle przez przypadek zagniezdza sie czlowiek w zyciu nowy; ciezki i inny - i ja jestem beznadziejna; i nie widzimy sie czesto, poza krotkim czasem, kiedy dzielimy dom albo krotka droge; ale tyle mozemy sobie wzajemnie uswiadomic, pomoc i napsuc przez przypadek, ze tylko czasem dociera, jak bardzo cholernie to jest przepiekne.
Ljubljana wczesna wiosna, noc zaraz po koncercie. Janez nie ma fajek, nie ma trawy, nie ma juz dla mnie cierpliwosci - wiec hej, moze poznamy te dziewczyny z butelka wina? I ta butelka przechodzi w jedna z piekniejszych nocy (z rodziny tych pieknych godzin, kiedy trzeba sie troche postarac, zdziebko tylko wychylic poza sztuczne ograniczenia, a swiat sie juz dalej dzieje niewyobrazalnie dobrze). No i tyle, wiemy, jak sie znalezc, ale tez wiemy, ze nie ma specjalnie do tego powodow, bo po co narazac dobre wspomnienie, konfrontowac z codziennoscia; kazdy jedzie do siebie, znow, dobrze jest.
Ale w lipcu przecinam Chorwacje, nie mam gdzie spac - dziewczyny akurat odwiedzaja swoje rodziny. Wiec dobra, czemu nie, moge wpasc na dzien czy dwa.
I te dwa dni nie krzywdza pamieci, bynajmniej. Bez specjalnych staran jest znow zwyczajnie dobrze. Wiec moze sie do nich wprowadze?
No to sie wprowadzilam. Miesiac jeszcze potem w trasie - i nagle Malaga, zamiast spiworu w krzakach - wlasny pokoj w centrum centrum, zamiast smiania sie do wlasnych mysli przy drodze - podtopienie ze smiechu w czasie wspolnej proby doplyniecia do statku.
Najzwyczajniejsze, najlepiej dzielone zycie - i najtrudniejsza, najwazniejsza sprawa: wpasc nawet nie na siebie samego, ale na ludzi, z ktorymi dzielic sie soba mozna wzajemnie i dobrze dla wszystkich.
Suscribirse a:
Entradas (Atom)
