Wytrzepując z plecaka resztki kamyków, muszelek i im podobnych, potrącam jakiś karton. Podłogę zasypują pocztówki, zdjęcia, notatki, bilety, ... Co tylko chcesz.
Mogłabym przysiąc, że już z pięć kartonów pełnych takich skarbów wyrzuciłam.
Ale przecież wiem, że tego jest... trochę. Że bez pomocy pożaru nie pozbędę się tego wszystkiego (a pewnie nawet i z pożaru wybiegłabym obładowana kartonami wierszy, listków i szkiców na paragonach).
Z bardzo mądrą miną tłumaczę sama sobie, że nie można tak chomikować - ale, cholera jasna, przecież one są ważne. Naprawdę.
A pomiędzy tymi ważnymi/dobrymi/ładnymi/w inny sposób istotnymi tekstami i bibelotkami czasem śpi sobie jakaś na wyrwanej kartce licealna notatka z polskiego. O, proszę, jaka wspaniała ilustracja całego mojego zainteresowania szkolnictwem:
1823 - "Dziady" wileńsko-kowieńskie
1832 - "Dziady" cz. III, Drezno... Mordor. Ratunku.
klęgor
gmach
rozczulenie
przytulenie
gryka
rozkosz
panierka
Piotr
majestat
A.O. GO HOME!
Taki kawał historii. Przecież.
I żeby nie było - zamykając oczy i zaciskając zęby - pozbyłam się ponad dziesięcioletniej kolekcji biletów. Recycle In Peace. Można bić brawa.*
*Oczywiście istnieje jeszcze szansa, że zapłakana pojadę na wysypisko, wygrzebię te papiery i przepraszając je zawiozę je znów do domu, wepchnę do równie potrzebnych zużytych kopert i położę to wszystko gdzieś na środku podłogi, bo przecież gdzie mogą leżeć istotne papiery w domu, który nawet nie jest mój.
Páginas
Etiquetas
- Polonia (25)
- Espana (19)
- Brasil (17)
- Bolivia (7)
- Chile (7)
- Peru (7)
- Macedonia (5)
- Argentina (4)
- en ingles (4)
- Gibraltar (3)
- Kosovo (3)
- Magyar. (3)
- kot. (3)
- tłumaczenie. (3)
- Hellada (2)
- Hrvatska (2)
- Moldova (2)
- Montenegro (2)
- Norwegia (2)
- Paraguay (2)
- uk (2)
- ważne ważne (2)
- Bulgaria (1)
- Eesti (1)
- Italia (1)
- Latvija (1)
- Lietuva (1)
- Romania (1)
- Slovenija (1)
- Ukraina (1)
- Česká rep. (1)
2013/09/20
2013/08/04
Pocztowka ze srodka.
Noc, autostrada na wjezdzie do Rosario. Zegnam sie z kierowca, zeskakuje z tira, zbiegam po nasypie na stacje benzynowa. Jest ponoc niebezpiecznie, wiec kolo stacji mam czekac na M., ktorego poznalam jakies pol roku temu i calkiem przez przypadek gdzies w centrum Boliwii.
No to czekam. W miedzyczasie: jablko w karmelu od wagabundy myjacego szyby na swiatlach, cztery zaproszenia na piwo i jedna propozycja pracy, po ktorej nastepuje ciag polsko-hiszpanskich bluzgow, ja groznie (tak sobie mowie) wymachuje w powietrzu karmelizowanym jablkiem, kretyn odjezdza krzyczac jeszcze przez okno, glupia dziwka!, ja gratuluje sobie rozwoju slownictwa i tylko ten polski nie wiadomo skad, tyle czasu nie klnelam na glos po polsku. Hm.
W domu koty bardziej podobne do malowanych pum, matka M. wygladajaca mlodziej niz ja (kiedy on uczy sie farmakologii, ona polszeptem opowiada mi seks-historie z podrozy do Rzymu, polszeptem bo przeciez to syn jej ta podroz zorganizowal; no i - myslisz, ze Wlosi sa upierdliwi? Opowiedziec ci cos o Argentynie?), piekne krzaki konopii gdziekolwiek nie wejdziesz, w nocy koszmary, nagle budze sie w Europie, krzycze, probuje wracac, ale zamknieto Atlantyk, nie mozna przedostac sie na druga strone; bardzo dlugi poranek nad yerba, jeden z tych porankow, kiedy jestem prawie pewna, ze bycie glodnym brudem jest piekne, ale moze piekniejsze byloby bycie czystym dzialkowcem.
Moze. A moze (i to, wydaje mi sie, jest wlasnie prawda) jedno i drugie i wszystkie inne trzecie i kolejne - jest absolutnie tak samo wspaniale.
W kazdym razie - uwielbiam taplac sie w mozliwosciach.
2013/07/31
Co sie z toba dzieje?
Czerwone bloto warstwami przyczepia sie do porozrywanych, przeciekajacych butow, tropikalna ulewa, dwa stopnie (tak, zima, dwa stopnie) i wiatr i trzesiesz sie brnac w strone (masz nadzieje) jakiejs stacji benzynowej. Zalosna kupka przemoczonych szmat i watlych miesni, ktora wreszcie ktos zgarnia na przyczepe, ktora potem pol-noca lezie przez las, przez nic, w srodku niczego podbiega do jakiegos zaparkowanego auta, hej, wiem, ze jestes pijany i zatrzymales sie tylko odlac, ale tak z 20km moze moglbys mi pomoc, tuku-tuku, 20km dalej jest dom kogos, kto ma kominek i psy i wino; mokre szmaty sie susza, wino sie grzeje, ty sie suszysz i grzejesz i w ogole, wreszcie, nawet bloto mozna zdrapac z butow, nawet w jakies smiesznie male, suche latynoskie butki mozna pol stopy wcisnac.
Sa dni, kiedy nie ma nic lepszego, niz jakies gorace warzywo i swiety spokoj pod dachem.
Dawca dachu rozumie doskonale; w Cuzco probowal opchnac ci jakas niepotrzebna wycieczke na Machu Picchu, w Sucre probowalas mu opchnac jakas niepotrzebna bransoletke, w Uyuni tanczyliscie na zalanym solnisku, zawsze na skraju glodu i biedy. Na skraju, czyli szalenie bogaci, bo jakies soles, jakies brzeczace bolivianos z tych wlasnie bransoletek, wycieczek, kanapek, kelnerzen, sprzatan, w czym sie tam nie pracowalo, zawsze te grosze oplacaly talerz ryzu czy juki czy kilo przejrzalych bananow. Rozumie doskonale, bo przy takim bogactwie i takiej ulewie pierwsze, co robisz, to przylepiasz sie do jakiejs opuszczonej przez dzieciaki mamy = cieplego zarcia i darmowego domu bez presji na bycie super viajero. A skoro ta opuszczona mama jest stara hipiska, przyklejasz sie na jakis czas.
Przyczepiasz sie do niej, przytulasz sie do niej, przysluchujesz sie jej i kiedy tylko wraca slonce, cieplo, bloto zaczyna schnac, leziesz dalej. Zepsutym butem, ciezarowka trzciny cukrowej, pelnym dymu domem na kolkach, gdzie na wejsciu wreczaja ci psa, piwo, salatke owocowa i zaproszenie do Buenos Aires. Na pare dni wracasz do Paragwaju, bo jak nie wiadomo dokad, to najlepiej nad Parane; troche darowanych resztek z restauracji, troche zumby w butach trekingowych, troche krzywego polskiego w rozmowach z jedna szalona o najpiekniejszych lokach swiata, za ktorej posrednictwem rzad USA wrecza ci trzy paczki kondomow o smaku czekolady i myslisz, borze zielony, Gringolandia naprawde rowna sie konsumpcji.
Twoj tirowiec zasypia po drodze, wiec wlasnymi nogami, innymi kolami, wszystkimi silami itd. w dol rzeki, wracajac do troche znanych miejsc, siorbac mate i pisac bajki.
Ktos wyciaga gitare, ktos wyciaga z ubran nitki, ktos wyciaga z kitki witki, z jezyka piosenki, z miodu pszczele nozki, woda jest zimna, ale wlazisz do rzeki, ratownik gwizdze, nie-nie, dalej leziesz w rzeke, ratownik marudzi i krzyczy, ty marudzisz i wracasz na brzeg i dalej juz nieufnie zerkacie w swoje dwie niezgodne strony. Nacpana adwokat krzyczy, ze weganizm nie ma przyszlosci, ze Argentyna uber alles i ze takie przeceny na buty, ty podciagasz kolana pod brode i rety, jak dobrze byc toba, z twoim slodkim jablkiem w twoich cichych ustach i z twoja stopa lewa i prawa bezczelnie bosa.
Piekni ludzie pieknie wracaja na twoja piekna droge. Kot spi na sloncu, spiewa maszyna do szycia, na cieplym piasku nogi wyciagasz niesmiertelnie.
Sa dni, kiedy nie ma nic lepszego, niz jakies gorace warzywo i swiety spokoj pod dachem.
Przyczepiasz sie do niej, przytulasz sie do niej, przysluchujesz sie jej i kiedy tylko wraca slonce, cieplo, bloto zaczyna schnac, leziesz dalej. Zepsutym butem, ciezarowka trzciny cukrowej, pelnym dymu domem na kolkach, gdzie na wejsciu wreczaja ci psa, piwo, salatke owocowa i zaproszenie do Buenos Aires. Na pare dni wracasz do Paragwaju, bo jak nie wiadomo dokad, to najlepiej nad Parane; troche darowanych resztek z restauracji, troche zumby w butach trekingowych, troche krzywego polskiego w rozmowach z jedna szalona o najpiekniejszych lokach swiata, za ktorej posrednictwem rzad USA wrecza ci trzy paczki kondomow o smaku czekolady i myslisz, borze zielony, Gringolandia naprawde rowna sie konsumpcji.
Twoj tirowiec zasypia po drodze, wiec wlasnymi nogami, innymi kolami, wszystkimi silami itd. w dol rzeki, wracajac do troche znanych miejsc, siorbac mate i pisac bajki.
Ktos wyciaga gitare, ktos wyciaga z ubran nitki, ktos wyciaga z kitki witki, z jezyka piosenki, z miodu pszczele nozki, woda jest zimna, ale wlazisz do rzeki, ratownik gwizdze, nie-nie, dalej leziesz w rzeke, ratownik marudzi i krzyczy, ty marudzisz i wracasz na brzeg i dalej juz nieufnie zerkacie w swoje dwie niezgodne strony. Nacpana adwokat krzyczy, ze weganizm nie ma przyszlosci, ze Argentyna uber alles i ze takie przeceny na buty, ty podciagasz kolana pod brode i rety, jak dobrze byc toba, z twoim slodkim jablkiem w twoich cichych ustach i z twoja stopa lewa i prawa bezczelnie bosa.
Piekni ludzie pieknie wracaja na twoja piekna droge. Kot spi na sloncu, spiewa maszyna do szycia, na cieplym piasku nogi wyciagasz niesmiertelnie.
2013/06/24
Polska z daleka, albo kurwamac.
Wroc, bo ile mozna jezdzic. Do domu wroc. Wroc, bo podroz ci przeciez nie ucieknie. Wroc.
Co to niby znaczy, to wroc. Dokad? Skad? Dom co w tym przypadku znaczy? I co rozumieja przez podroz? I jak sobie wyobrazaja moje zycie?
Kupuja mi bilet nawet. Kupuja bilet i przestaja sie odzywac. Juz, pozamiatane, wraca, wiec jest ok.
I niewazne, ze sie rozpieprza wszystko. Nieistotne. Bo co to niby znaczy. Bo przeciez zawsze mozesz sobie pojezdzic jeszcze.
Sie smieja jak mowie, ze czytam wiadomosci "z kraju" i wyje z rozpaczy.
Ja, tam. Moj borze zielony. Ja, z nimi.
Jakby w miedzyczasie wszystko sie miedzy nami naprawilo. Nagle bedziemy w sobie do szalenstwa zakochani, nagle nie bedziemy sobie na odciski wlazic: kraj i ja.
Kraj, ktory jest krajem jak kazdy inny. I calkiem innym. Ktoremu nic bardzo strasznego nie dolega. Nawet calkiem w porzadku jest. Nawet calkiem wspanialy potrafi byc.
Ale to przeciez nie jest moj kraj. Nigdy nie byl. Nie przymierza sie do bycia i zadne z nas sie nie przejmuje, bo absolutnie nic strasznego w tym nie ma. Po przyjacielsku sie ignorujemy i jest ok.
I tylko czasem wylaza z niego jakies wiadomosci. Jakies wiadomosci do mnie. Jakies pretensje nie wiadomo skad.
Ze jak tak mozna wyjechac i zostawic. Ze co ja sobie mysle. Co ja sobie wyobrazam. Ze to takie latwe to zycie niby. I co ja w ogole robie. Dlaczego. I za co. I tak dalej.
Gdybym lezala krzyzem w brudnej poscieli, pomiedzy depresja a sesja, depresja a praca albo depresja a depresja, nikt by sie nie pytal. Wszystko byloby w porzadku i calkowicie bezpiecznie. BO PRZECIEZ BYLABYM W KRAJU.
Ale nie leze i sie pytaja i kurwa dosc juz. Serio.
Kochani Bardzo Przejmujacy Sie Moim Losem Ktorzy Piszecie Do Mnie Z Tysiacem Pytan I Wyrzutow Chuj Wie O Co I Ktorzy Tak Kochacie Czasownik Wracac,
nie robcie tego, bardzo prosze. Bo jak widac ciagle sie niepotrzebnie frustruje. Nawet na odleglosc.
A ja wracam. Wracam do moich palemek, smietnikow i kaluz pelnych denge, sciskam serdecznie i mam nadzieje nie wracac do tematu nunca+.
Co to niby znaczy, to wroc. Dokad? Skad? Dom co w tym przypadku znaczy? I co rozumieja przez podroz? I jak sobie wyobrazaja moje zycie?
Kupuja mi bilet nawet. Kupuja bilet i przestaja sie odzywac. Juz, pozamiatane, wraca, wiec jest ok.
I niewazne, ze sie rozpieprza wszystko. Nieistotne. Bo co to niby znaczy. Bo przeciez zawsze mozesz sobie pojezdzic jeszcze.
Sie smieja jak mowie, ze czytam wiadomosci "z kraju" i wyje z rozpaczy.
Ja, tam. Moj borze zielony. Ja, z nimi.
Jakby w miedzyczasie wszystko sie miedzy nami naprawilo. Nagle bedziemy w sobie do szalenstwa zakochani, nagle nie bedziemy sobie na odciski wlazic: kraj i ja.
Kraj, ktory jest krajem jak kazdy inny. I calkiem innym. Ktoremu nic bardzo strasznego nie dolega. Nawet calkiem w porzadku jest. Nawet calkiem wspanialy potrafi byc.
Ale to przeciez nie jest moj kraj. Nigdy nie byl. Nie przymierza sie do bycia i zadne z nas sie nie przejmuje, bo absolutnie nic strasznego w tym nie ma. Po przyjacielsku sie ignorujemy i jest ok.
I tylko czasem wylaza z niego jakies wiadomosci. Jakies wiadomosci do mnie. Jakies pretensje nie wiadomo skad.
Ze jak tak mozna wyjechac i zostawic. Ze co ja sobie mysle. Co ja sobie wyobrazam. Ze to takie latwe to zycie niby. I co ja w ogole robie. Dlaczego. I za co. I tak dalej.
Gdybym lezala krzyzem w brudnej poscieli, pomiedzy depresja a sesja, depresja a praca albo depresja a depresja, nikt by sie nie pytal. Wszystko byloby w porzadku i calkowicie bezpiecznie. BO PRZECIEZ BYLABYM W KRAJU.
Ale nie leze i sie pytaja i kurwa dosc juz. Serio.
Kochani Bardzo Przejmujacy Sie Moim Losem Ktorzy Piszecie Do Mnie Z Tysiacem Pytan I Wyrzutow Chuj Wie O Co I Ktorzy Tak Kochacie Czasownik Wracac,
nie robcie tego, bardzo prosze. Bo jak widac ciagle sie niepotrzebnie frustruje. Nawet na odleglosc.
A ja wracam. Wracam do moich palemek, smietnikow i kaluz pelnych denge, sciskam serdecznie i mam nadzieje nie wracac do tematu nunca+.
2013/06/01
Psy.
Budze sie nad ranem na plazy, wyczolguje z oszronionego namiotu, zwijam graty, zeby zaczac droge jak najszybciej. Cisza, piekna cisza, cala wioska spi. Cala wioska - poza psami.
Na poczatku przybiegaja dwa. Trzy, cztery, rzucam jakis patyk (okropnie rzucam, strasznie blisko), piec, drapie wszystkich za uszami, szesc, siedem, podnosze plecak i zaczynamy isc w strone wyjscia. Przez kladki (Caleta Tortel, nie ma tutaj ulic, drog, sa tylko drewniane pomosty), przez mola idziemy do wyjscia. Osiem, dziewiec, dziesiec. Zanim zgarnia mnie pierwszy samochod, czeka juz ze mna dwadziescia jeden psow. One jada z toba? Jednego psa mozemy zabrac, ale to... wszystkie sa twoje?
Zaden nie jest moj. Co to zreszta znaczy, moj pies. Swoje sa. Albo: tak moje jak i ja ich, na chwile, na spacer, na dzielony chleb czy ciastka. I zawsze jest tak samo: gdzies kolo swoich krokow nagle slysze psi tupot, gdzies mokry nos wciska mi sie w plecak w poszukiwaniu jedzenia, gdzies ciezka lapa szturcha moj namiot, moj grzbiet zwiniety na lawce w parku. I zawsze jest dobrze, bo oboje potrzebujemy towarzystwa.
Dochodzi druga, pusta ulica wracam z poznej kolacji. Doczepia sie jakis chudzielec, mam akurat ciastka w plecaku, mam akurat reke do drapania po glowie, wiec juz dalej idziemy razem: on pare metrow za mna, czasem dobiegajac po nowa porcje zarcia albo pieszczot. Pol godziny pozniej ktos zaczepia mnie na ulicy, ha, wiec jednak La Rioja to jest zona roja. Taka piekna i sama chodzi po nocy, nonono, ej kurwo, kim myslisz ze jestes, ze nie odpowiadasz, wracaj tutaj. Dwojka ich jest i nie bardzo dokad i jak uciekac. Wolam chudzielca. Pies u boku, wiec idioci traca nagle cala odwage, spokojnie idziemy dalej. Odprowadza mnie do drzwi, zjada ostatnie ciastka i idzie dalej w swoja strone.
Przed wschodem slonca wylaze z domu, chce zobaczyc, jak ta kulka ciepla przebija sie przez mgly. Moje kroki budza bodaj najpiekniejszego psa w Hornopiren, cos tam do mnie szczeka i juz dalej idziemy razem. On kradnie malze ludziom zbierajacym je po przyplywie, ja wspinam sie na jakies drzewo (wspinam sie nisko, ale gratuluje sobie wysoko), siadamy razem na jakims slonecznym glazie i witamy dzien bardzo dobry.
Nie wiem skad, czemu nagle dogadujemy sie tak dobrze po latach wzajemnego na siebie warczenia. Moze dzielona bezdomnosc, glod dzielony i samotnosc robia swoje. Na trawnikach i plazach wtulamy sie w swoje futra. Nie wiem czemu, ale dziala. I przepieknie jest, w szesc albo wiecej lap, chociaz troche razem.
Na poczatku przybiegaja dwa. Trzy, cztery, rzucam jakis patyk (okropnie rzucam, strasznie blisko), piec, drapie wszystkich za uszami, szesc, siedem, podnosze plecak i zaczynamy isc w strone wyjscia. Przez kladki (Caleta Tortel, nie ma tutaj ulic, drog, sa tylko drewniane pomosty), przez mola idziemy do wyjscia. Osiem, dziewiec, dziesiec. Zanim zgarnia mnie pierwszy samochod, czeka juz ze mna dwadziescia jeden psow. One jada z toba? Jednego psa mozemy zabrac, ale to... wszystkie sa twoje?
Zaden nie jest moj. Co to zreszta znaczy, moj pies. Swoje sa. Albo: tak moje jak i ja ich, na chwile, na spacer, na dzielony chleb czy ciastka. I zawsze jest tak samo: gdzies kolo swoich krokow nagle slysze psi tupot, gdzies mokry nos wciska mi sie w plecak w poszukiwaniu jedzenia, gdzies ciezka lapa szturcha moj namiot, moj grzbiet zwiniety na lawce w parku. I zawsze jest dobrze, bo oboje potrzebujemy towarzystwa.
Dochodzi druga, pusta ulica wracam z poznej kolacji. Doczepia sie jakis chudzielec, mam akurat ciastka w plecaku, mam akurat reke do drapania po glowie, wiec juz dalej idziemy razem: on pare metrow za mna, czasem dobiegajac po nowa porcje zarcia albo pieszczot. Pol godziny pozniej ktos zaczepia mnie na ulicy, ha, wiec jednak La Rioja to jest zona roja. Taka piekna i sama chodzi po nocy, nonono, ej kurwo, kim myslisz ze jestes, ze nie odpowiadasz, wracaj tutaj. Dwojka ich jest i nie bardzo dokad i jak uciekac. Wolam chudzielca. Pies u boku, wiec idioci traca nagle cala odwage, spokojnie idziemy dalej. Odprowadza mnie do drzwi, zjada ostatnie ciastka i idzie dalej w swoja strone.
Przed wschodem slonca wylaze z domu, chce zobaczyc, jak ta kulka ciepla przebija sie przez mgly. Moje kroki budza bodaj najpiekniejszego psa w Hornopiren, cos tam do mnie szczeka i juz dalej idziemy razem. On kradnie malze ludziom zbierajacym je po przyplywie, ja wspinam sie na jakies drzewo (wspinam sie nisko, ale gratuluje sobie wysoko), siadamy razem na jakims slonecznym glazie i witamy dzien bardzo dobry.
Nie wiem skad, czemu nagle dogadujemy sie tak dobrze po latach wzajemnego na siebie warczenia. Moze dzielona bezdomnosc, glod dzielony i samotnosc robia swoje. Na trawnikach i plazach wtulamy sie w swoje futra. Nie wiem czemu, ale dziala. I przepieknie jest, w szesc albo wiecej lap, chociaz troche razem.
2013/05/01
Mgla, albo funky w pizamie.
Wraca do domu i pyta, czy pisalam. Mhm. Cos tam pisalam. To ile napisalas? Cos skonczonego? Mm, wlasciwie to maile glownie. I referencje couchsurfingowe. To sie nie liczy jako pisanie? Ach. To nie, to w takim razie nie pisalam. Pol strony jakies moze.
Wiec co robilas? Pieklas. Caly dzien? To ile tych ciast? Jedno? Jakies duze w takim razie? Po dwa kawalki dla kazdego, mhm. A obiad? Obiadu nie ma, ale sa dwa litry ajerkoniaku. Nie taki mocny ten ajerkoniak jak mowilas, jesli sie tym upijasz to rzeczywiscie powinnas trzymac sie z daleka od alkoholu.
I w centrum nie bylas, prawda? I krwi tez nie zbadalas? Probowalas, ale skonczylas w jakichs slumsach, no tak. Wiec wrocilas i co? Siedzialas z kotem. Ale masz zamiar cos zrobic? Ach, w piatek wychodzisz. No tak, do piatku masz jeszcze caly tydzien, zeby to dobrze zaplanowac. Ale wychodzisz tylko na obiad i nie ma czego planowac?...
Tak sie czepia, borze zielony!... A przeciez cos tam robie. Z kotem rozmawiam, jem jablka, patrze, jakby sie tutaj przedostac na Wyspe Wielkanocna, patrzac sie w kubek tesknie za Sikora*. Cos to jest, nie da sie ukryc. I nawet siostre tymczasowa ucze bransoletki plesc, tyle pracy, tyle pracy.
Ale on wraca do domu i ciagle cos tam na ten uniwerek dlubie, juz moglby skonczyc, ale przeciez zawsze znajdzie sie jakis szczegol, ktory moznaby bylo poprawic, wiec siedzi i poprawia. Przy stole to ojciec, siostra, ja jestesmy dzieciakami. Pstryczek w nos, gadki o tym zespole, ktory ona tak kocha, o ciezarowkach, o tym, ze krawaty sa glupie. On wzdycha i zaczyna wspomnienia. I ze czasem to dobrze pojezdzic, ale przeciez zawsze trzeba wrocic do obowiazkow i obowiazki to sa calkiem w zyciu obowiazkowe.
Moze i ja jestem zbyt niezorganizowana, ponoc jestem calkiem niepowaznie leniwa. Ale bardzo mi z tym dobrze. Serio. I az glupio mi zaczynac, ze ostatecznie to on chodzi zestresowany i zadluzony, a ja wcale z glodu nie umieram i zle to mi w zyciu nie jest. Wiec moze jednak sie sprawdza taka taktyka.
To i nie zaczynam. Bo przeciez po prostu bedac ludzmi jestesmy sila rzeczy rozni, ah? I doskonale. Ale pracoholicy i tak beda zawsze na nas marudzic. Co nam innego zostaje: na zdrowie! wszystkim rysownikom, poetom, kotom i innym bezdomnym klaunom. Salud, jestesmy super, a kto chce niech sie zapracowuje na smierc!
*Sikore mozna podgladac jak na obrazku wyzej, i ja takie podgladanie bardzo, ale to bardzo polecam: http://prosze.tumblr.com/
Wiec co robilas? Pieklas. Caly dzien? To ile tych ciast? Jedno? Jakies duze w takim razie? Po dwa kawalki dla kazdego, mhm. A obiad? Obiadu nie ma, ale sa dwa litry ajerkoniaku. Nie taki mocny ten ajerkoniak jak mowilas, jesli sie tym upijasz to rzeczywiscie powinnas trzymac sie z daleka od alkoholu.
I w centrum nie bylas, prawda? I krwi tez nie zbadalas? Probowalas, ale skonczylas w jakichs slumsach, no tak. Wiec wrocilas i co? Siedzialas z kotem. Ale masz zamiar cos zrobic? Ach, w piatek wychodzisz. No tak, do piatku masz jeszcze caly tydzien, zeby to dobrze zaplanowac. Ale wychodzisz tylko na obiad i nie ma czego planowac?...
Tak sie czepia, borze zielony!... A przeciez cos tam robie. Z kotem rozmawiam, jem jablka, patrze, jakby sie tutaj przedostac na Wyspe Wielkanocna, patrzac sie w kubek tesknie za Sikora*. Cos to jest, nie da sie ukryc. I nawet siostre tymczasowa ucze bransoletki plesc, tyle pracy, tyle pracy.
Moze i ja jestem zbyt niezorganizowana, ponoc jestem calkiem niepowaznie leniwa. Ale bardzo mi z tym dobrze. Serio. I az glupio mi zaczynac, ze ostatecznie to on chodzi zestresowany i zadluzony, a ja wcale z glodu nie umieram i zle to mi w zyciu nie jest. Wiec moze jednak sie sprawdza taka taktyka.
To i nie zaczynam. Bo przeciez po prostu bedac ludzmi jestesmy sila rzeczy rozni, ah? I doskonale. Ale pracoholicy i tak beda zawsze na nas marudzic. Co nam innego zostaje: na zdrowie! wszystkim rysownikom, poetom, kotom i innym bezdomnym klaunom. Salud, jestesmy super, a kto chce niech sie zapracowuje na smierc!
*Sikore mozna podgladac jak na obrazku wyzej, i ja takie podgladanie bardzo, ale to bardzo polecam: http://prosze.tumblr.com/
2013/04/29
23456 km.
Ciagle senna po wczorajszym swietowaniu, z kotem spiacym na kolanach (kotu zagielo sie uszko) licze przejechane kilometry. Kot siedzi w domu nielegalnie od kiedy wszyscy poza mna wyszli do prac i szkol. Ja siedze na wlasciwym kontynencie dokladnie od szesciu miesiecy.
23456 km. Cos malo wiarygodnie wyglada ta liczba. To licze jeszcze raz, troche przeklamanie, bo googlowe mapy nie siegaja wszedzie, nie przejezdzaja przez Salar de Uyuni, nie wchodza do parkow narodowych, gubia sie glownie w Boliwii. Miedzy zaokragleniami i uproszczonymi trasami tak wlasnie wychodzi: 23456 km na drogach i poboczach.
W paszporcie pieczatki czterech krajow, z tego tylko dwa poznane porzadnie. 7 kg w dol, 5 kg w gore. Ze wschodu na zachod, z zachodu na wschod, na poludnie i znow polnoc, petelkami po mapie. Ksiazki wymieniane, ludzie zgarniani z drogi, gdzies po drodze zostawiani, jakies miasta, jakies lasy, pampy, lodowce i ruiny jakies. Nowe slowa, zapomniane slowa, jakies dziwne akcenty, co nie wiadomo kiedy sie do czlowieka przyklejaja. Ponad polowa podrozy spedzona w Chile. Nie chce wyjezdzac z Chile. W domu M. (w domu, z ktorego zgarnialam go w polowie lutego w droge na samo poludnie kraju, Punta Arenas, stolice czterech wiatrow; w domu, do ktorego wrocilam swietowac to swoje smieszne pol roku) nastawiam nalewki, krece ciasta, smetnie gapie sie na mape, bo zimno, bo juz by trzeba bylo wracac pod zwrotnik, grzac kosci w jakims paragwajskim hamaku...
Nie chce wyjezdzac z Chile.
Ale przeciez wszystko sie konczy, powrotow nie ma, ja wracac nie umiem. Trzeba sie ruszyc. Ale dokad niby mam sie ruszyc? Chowam sie przed mapa, zawijam w koc i udaje, ze poza Talca nie ma nic.
W plecaku dwa listy od Anny: ten odbierany w sloneczna styczniowa sobote w La Paz, ktory zamarudzil chyba ze dwa miesiace w drodze, po ktory bieglam przez pol miasta, bieglam doslownie, bo trzeba juz bylo wyjezdzac, a przeciez nie wydam tych dwoch zlotych na autobus... Ten, ktory dolecial predko tutaj, ktorego listonosz nie chcial zostawic w domu przyjaciela, bo niby tam jego nazwisko, ale tez jakis dopisek z boku, jakos znaczki dziwnie przyklejone i niewazne, ze przedostal sie przez ocean, najtrudniej bylo przedostac sie z torby listonosza do rak M. Piekne listy.
M. mowi, ze on nigdy nie napisal zadnego listu. Ale w takim razie on tez bedzie do mnie pisal: nie tak jak ona, nie czekajac na moje wskazowki (´´za jakies dwa miesiace powinnam przejezdzac przez wschodnia Argentyne, tu masz adres do kogos w Buenos Aires´´) ale slac list na adresy znalezione przez niego. Tak, zeby te listy planowaly mi trase, zebym musiala dla nich zmieniac kraje i odwiedzac zgubione w lasach wioski.
I to jest bardzo przepiekny plan.
Wiec ja wracam pod koc, przed piekarnik i przed zadrukowane kartki, zanim list mi wyznaczy droge. Odespac te pol roku, podtuczyc sie przed wyjazdem, zeby potem znow spokojnie i przez przypadek gubic kilogramy i lapac auta.
W maju rusze tylek, przysiegam, teraz kot spi i ja udaje, ze mam dom.
2013/04/21
Wracajac do siebie, albo weganin przy drodze.
Budzi mnie szczekanie psow, kogut piejacy za oknem, wrzaski bandurri, czyjas poranna, kuchenna piosenka. Spod koldry usmiecham sie do mgly, rozciagam kosci, cos po hiszpansku mrucze do balaganu, ktory rozsuwam na boki, w ktorego srodku macham rekami, nogami, brzuchem, czym tam jeszcze da sie machac, zeby krew i mysli i wszystkie piekne hormony szczescia wrocily w obieg. Woda, owies z cytryna, miodem i owocami z ogrodu. Tlusta ksiazka dopoki nie obudzi sie reszta. Muy buenos dias!
Inaczej: od dawna nie czulam sie, nie bylam tak zdrowa. Od miesiaca krecilam sie na skraju nieszczescia albo skoku w stare depresje; mimo wszystkich araukarii, usciskow, lisow, usmiechow, ziaren ryzu, cyrkowcow, lodowcow i im niepodobnych, mimo wszystko i nie wiedziec czemu, znowu po skraju ledwo chodzilam. Z przerwami na placz ze szczescia. Z przerwami na pieknosci i niesamowitosci, na ataki milosci, na sloncu grzane kosci, cos sie obluzowalo w glowie, cos mi odbieralo sily, zamykalo oczy, kladlo do spania i nie pozwalalo sie obudzic, zabieralo sily do wspinania sie na gory i schody, cos mi psulo skore i pod ta skora krazylo i nie wiadomo co jeszcze.
To znaczy: nie chcialam czy nie moglam sobie przypomniec co. Nie moglam czy nie chcialam, ale mam to szczescie - mam to niesamowite, niewypowiedziane szczescie, o ktorym za dwa akapity bedzie.
Bo przeciez tak cieeeezko byc weganinem. Bo przeciez sie nie da. Bo przeciez trzeba kombinowac, zestawiac, szukac, tlumaczyc, bo przeciez kiedy ktos mnie zaprasza, to nie bede wybrzydzac, bo juz przeciez dosyc, ze bez miesa, ze te moje alergie, ze...
I tak tysiac wymowek. Tysiac wymowek, ktore zaczely sie w pare tygodni po przyjezdzie do Brazylii, kiedy wjechalam do Minas Gerais, albo Krainy Serow; ktore troszke pokonalam wjezdzajac do Boliwii, ale ktore znow mnie dopadly na peruwianskich targach, gdzie przeciez bez miecha to maja tylko ryz z jajkiem, wiec jak tu nie zjesc tego jajka, bo przeciez wyjdzie drozej wyjsc z warzywami i gotowac samemu, no bo mi dadza na pewno cene dla gringos, bo... itd. Wracajac do Boliwii, zjezdzajac do Chile juz nawet nie probowalam sie oszukiwac (no, przyjezdzajac do Ameryki bylam weganka), ale wymowki ciagle skutecznie trzymaly sie glowy (ale tutaj sie okazalo, ze to niemozliwe, tzn. oczywiscie, ze jest mozliwe, ale...).
Ale mam to szczescie, albo to podwojne - w tym przypadku - szczescie. Raz, ze nieskonczone poklady autokrytyki, ktore moze i w swojej obfitosci nie sa za bardzo zdrowe, ale dzieki ktorym takie wymowki zbyt dlugo nie moga sie utrzymac na mocnej pozycji. Dwa, ze przez jakis niesamowity przypadek, przez tysiace niesamowitych przypadkow, trafiam na Ludzi. W sensie: na najlepszych ludzi swiata. Serio. (Tak, tak, najpewniej w tej chwili mozesz sie dumnie poglaskac po glowie czy uscisnac sobie dlon.) W kazdym badz razie: gdzies pomiedzy tymi wszystkimi niemozliwymi ludzmi napatoczyla mi sie jedna calkiem niemozliwa. Tak niemozliwa, ze czasem nie wierze. I w niemozliwy calkiem sposob, ale to tutaj niewazne.
Wrobel, czyli przyjaciel z tych, ktorzy bez ogrodek cie zwyzywaja, wytkna ci twoje wady, twoja hipokryzje, twoje lenistwo; ktorzy zawsze odpowiedza na twoje bezsilne wycie i odpowiedza, swiatu dzieki!, nie czulym juz-juz, ale spokojnym dobrze wiesz,w czym problem. Wrobel, czyli czlowiek z tych, ktorzy nie marudza, ze im tylek rosnie, ale ruszaja ten tylek i ida biegac; ktorzy nie marudza, ze nie moga, chociaz wiedza doskonale, ze wszystko moga, ze wszystko sie da, zawsze; ktorzy czuja, ktorzy nie zgadzaja sie na niesprawiedliwosc i cierpienie i ktorzy nie siedza cicho bo przeciez nie bede sie klocic ze wszystkimi, ktorzy jedza mieso.
W skrocie: Wrobel, czyli najlepszy przyjaciel weganina w kryzysie.
A wiec. Przed powrotem do Boliwii wiedzialam, ze nie jestem calkowicie, do konca szczesliwa, bo zra mnie zasluzone wyrzuty sumienia - potem ta swiadomosc schowalam w kieszen. Cos tam mnie podzeralo od srodka, jakis wyrzut-robak dosyc skutecznie ignorowany. Dosyc, bo tylko do tego stopnia, zeby wyprzec go ze swiadomosci, ale nie na tyle, zeby zneutralizowac jego dzialanie.
Wiec chodzilam i jeczalam. I piszczalam. Ze jak to tak, ze przeciez jestem taka szczesliwa, ze przeciez wszystko doskonale - wiec czemu, do kurwy nedzy, czemu mi w srodku tego wszystkiego zle? Ze przeciez jestem w drodze, w przepieknej drodze, wiec czemu mi w srodku tego wszystkiego slabo? Moze dlatego, ze przyszla jesien, dlatego, ze szesc miesiecy w trasie, dlatego, ze plecak ciezki i chmurka dymu nad wulkanem?
Wiec chodzilam i jeczalam, a Wrobel sluchala, cwiczyla i jadla warzywka. I nie podsuwala mi zadnych rozwiazan. Ale ogolnej fejsbukowej publicznosci podsuwala troche (duzo) pieknej weganskiej propagandy.
Az ktoregos dnia, lezac bezsilna w pieknym domu pieknych ludzi, nad brzegiem pieknego Pacyfiku, nie majac pojecia o co do cholery chodzi mojemu cielsku, w jakis podsuniety link kliknelam. W jeden z takich, ktore z dziesiec lat juz ignorowalam - jeden z tych krwawych dokumentow, ktore pokazuja ci jak jest, czyli rzeczywistosc zwierzat hodowlanych; jeden z tych dokumentow, ktorych jako dzieciak, jako swiezo upieczony wegetarianin naogladalam sie tyle, ze juz nigdy, myslalam, do niczego poza przywolywaniem stanow depresyjnych nie moglyby mi sie przydac.
I po raz pierwszy od tych ponad dziesieciu lat plakalam z bezsilnosci (z tej bezsilnosci, oczywiscie). I po raz pierwszy od tych ponad dziesieciu lat jasno zdalam sobie sprawe, ze wcale nie jestem bezsilna. Ze skoro nie chce - nie musze byc czescia problemu. Ze przeciez jestem czescia rozwiazania. Ze to nie jest - nawet w najmniejszym stopniu - tak, ze nie chce krzywdzic, ale przeciez potrzebuje, przeciez jest trudno, przeciez tak bardzo mam ochote itd. Nie. Nie chce, nie potrzebuje, nie musze, nie krzywdze.
I ta swiadomosc (zwlaszcza, albo mimo tego, ze przeciez jaja i nabial to byl malenki, mikroskopijny, ale jednak element mojej diety w ostatnich miesiacach) dala mi sile, zeby wstac i zabrac sie do roboty. Czytac znow wiecej, wyciagnac wszystkie zapomniane argumenty, owszem zaczynac temat i tlumaczyc o co chodzi i czemu to jest wazne. Zabrac sie za swoje cialo i trzezwo spojrzec na bezzasadne przeciez jestem w podrozy, wiec sie ruszam, dzwigam tyle, tyle chodze - i na ciezarowki sie wspinam!, codziennie po trochu pracowac nad tymi szczatkowymi miesniami, zeby nie byly takie szczatkowe, zeby dluzej dzwigaly, szybciej sie wspinaly, szczesliwiej wstawaly z lozka i ciagle, przepieknie szczerzyly do swiata szczesliwe - nie glodne - zeby.
Weganizm w podrozy - da sie, wiec nie marudz. Nie wymyslaj. Da sie doskonale i bez problemow, bez oszukiwania wlasnego sumienia. I cwiczyc sie da, leniu. Jesli mozesz codziennie zmieniac miejsce, skakac przez setki kilometrow, jesli mozesz wsciubiac nos w jakies zapomniane przez swiat zakatki - mozesz sie porozciagac, powzmacniac, nos do kostek przytulic. I nawodnionym jak trzeba - da sie byc, bo jesli mozesz slimaczyc sie z calym swoim domem, calym swoim dobytkiem na plecach - mozesz do niego doczepic ze dwa kilo wody, albo miedzy prosba o podwozke a dyskusja o dyktaturze Pinocheta poprosic gdzies o napelnienie butelki.
Mozesz byc w podrozy zdrowy i uczciwy - i jak kazdy zdrowy i uczciwy niesamowicie szczesliwy. I naprawde nie ma zadnego - ale to absolutnie zadnego powodu, zeby probowac usprawiedliwic cokolwiek innego.
Zakwasy wesolo podspiewuja w miesniach, swiezo zebrana fasola bulgocze w garnku, odkladam ksiazke, zeby wyslac Wroblowi jakas maslana* wiadomosc o tym, jak bardzo ja kocham (jakas wiadomosc, na ktora odpowie mi pewnie czulym przeklenstwem). Od dawna nie czulam sie, nie bylam taka zdrowa. Taka silna. Taka ladna. Taka usmiechnieta. Taka szczesliwa.
*Wrobel mowi: chyba sojowa!
Suscribirse a:
Entradas (Atom)