Etiquetas

2012/11/14

Kawa i awokado, czyli deszczowe dni na lewicowej farmie.



Po kilkudniowej przerwie kierowcy jakby starali się nadrobić wszystkie zaległości, pokazać mi pełen przekrój kraju. Więc szaleńczo szybka jazda z trawą i odurzającą muzyką; powolna droga z serdecznym, zasuszonych staruszkiem; eko-działacz obwożący mnie po przetwórni trzciny i plantacjach eukaliptusa; znudzony tirowiec opowiadający o szkole swoich córek; najmilszy na świecie chłopak odwożący mnie prosto pod dom R., żeby upewnić się, czy to przypadkiem nie gwałciciel-morderca (bo jeśli gwałciciel-morderca, to mogę zamieszkać z nim, taka jestem ładna - czytaj: biała).

Buzi-buzi i do ogrodu. Bo R. mieszka na farmie, więc najbliższe dni to wyrzucanie kur z pokoju, bliskie spotkania z długouchymi krówkami i ekstatyczne skakanie od drzewa do drzewa: kawa, kakao, awokado, kokosowe palmy - wszystko, za co dałabym się w plasterki pokroić, dla czego tłukłam się tyle godzin na właściwą stronę Atlantyku - to wszystko rośnie sobie spokojnie tuż za oknem. Wystarczy wyciągnąć rękę. Rzucam się na kokosy i biegniemy zwiedzać plantację. Stolica kawy Conilon, bardziej użyteczna, niż stolica kraju. Notuję w zeszycie nazwy nowych owoców, w myślach układam już jadłospis na najbliższe dziesięciolecia. Weganin w raju.

Gospodarstwo należy tak właściwie do rodziców R., walczących socjalistów. R. kończy tutaj swoją pracę o teorii stun, od czasu do czasu przewijając się przez ogród w poszukiwaniu jedzenia i inspiracji, zawsze z Międzynarodówką na ustach. O to czasem są kłótnie: bo jak to, własny syn, jedyny syn, a komunista. Kręci się po biedniejszych dzielnicach organizując debaty zamiast rozwijać wspólne tereny rolne. Tragedia. Jeśli posłuchasz ich z bliska, nie znajdziesz wielu różnic w przekonaniach. Trochę w działaniach, ale czy to nie jest raczej kwestia wieku, perspektywy? On jeszcze wierzy, że jak się ludziom wytłumaczy wszystko, to będą pracować wspólnie. Oni już wiedzą, że trzeba po prostu pracować wspólnie. O co się kłócą, jeśli nie o etykietkę?

Ale kłócą się rzadko. W międzyczasie raczej tango w kuchni, wspólne pogwizdywanie nad wiadrem ziemniaków, spacery do lasu i nocne picie w zaprzyjaźnionym barze - bo tutaj, jeśli nie zajmiesz się sobą sam, nic innego robić się nie da. Jakkolwiek byś się nie starał, po prostu nie ma innych możliwości. Ostatecznie piję nawet ja (po raz pierwszy od szczepionki i najwięcej w tym roku), a kto ze mną pił ten wie, że to się nie powinno zdarzać. A więc jestem królową baru, właściciel chętnie i szczodrze upija mnie na własny rachunek, potem sam zataczając próbuje tańczyć na moim stole pokazując swoje blizny (podsłuchał, jak chwaliłam się swoimi komuś, kto koniecznie próbował namówić mnie na zmianę planów i wyjazd z nim; lepiej ze mną nie zadzieraj, spojrz, jaka jestem twarda!). Khm. R., smutny, trzeźwy kierowca, troszeczkę mnie nienawidzi, a troszeczkę cieszy się z kolejnej rzeczy, za którą można mnie przedrzeźniać. Więc już nie tylko straszenie skaczących pająków, klaskanie z radości i głośne wyznania miłości do awokado. Ech.

W deszczową noc opróżniamy lodówkę (lodówka jest specjalnie dostosowana do mnie, akompaniuje gospodarzy: zostań dłużej, zostań chociaż tydzień). W deszczowy ranek oglądamy żółwie w tak zwanym centrum edukacyjnym, czyli de facto centrum niewoli. Potężne, wspaniałe zwierzęta. Maleńkie, plastkiowe baseniki. Po jednym, dwa, maksymalnie cztery; jeśli mogą pływać, pływają w kółko próbując wydostać się na zewnątrz. W większości po prostu próbują się wydostać, ale piękne płetwy szybko ześlizgują się po plastiku. R. na początku upewnia się, czy jestem zachwycona - po chwili sam przyznaje, że to nie powinno być tak. Że coś tu jest grubo nie w porządku.

Potem Sao Mateus, ryby i gacie suszące się na fasadach pięknego starego miasta. Brzeg rzeki jak wstęp do dżungli. W maleńkiej knajpie tłumaczę, czego nie jem, zaciekawiona kucharka przygląda się mi jak kosmicie i obiecuje zrobić jakąś maleńką porcję - przez kilka kolejnych dni dojadam potem resztę kilkunastodaniowego obiadu za dziesięć zł. Acha.

Dni nad mrowiskami, mrówkostradami. Poszukiwanie ogórków. Historie z życia fizyki teoretycznej. Na pożegnanie mój pierwszy owoc kakao.


Denga i capoeira, czyli warto żyć.

Kiedy piszę do G. z pytaniem o nocleg, ona upewnia się, czy wiem, gdzie mieszka. Zdajesz sobie sprawę, jak to daleko? Że nie ma tu żadnych atrakcji? Że upał, choroby i bieda? Jeśli tak, przyjeżdżaj, możesz zostać ile chcesz!

Droga zajęła mi ostatecznie prawie trzy dni. Kiedy wreszcie przyjechałam, byłam już wydarzeniem: jest! Idzie! Tutaj! I taka różowa! Jedyna gringa w promieniu wielu kilometrów, prawie podwojona plecakiem, w kurzu i słońcu lezie przez ich miasto pośrodku niczego, daleko poza zasięgiem asfaltu. Więc trzeba zaczepić, zatrzymać na ulicy, spróbować znaleźć parę wspólnych słów, no bo jak to, ty zmieniłaś kontynent i jesteś tutaj? Nie w Rio? I naprawdę nie przez przypadek? Trochę niespodziewanej dumy - moje miejsce odwiedzają europejscy turyści!

Europejska turystka sztuk jeden przyjechała niestety nie dla miejsca, bo skąd niby miałaby znać to miejsce. Wypatrzyłam G. szukając tymczasowych domów między Salvadorem a Rio - i od razu postanowiłam zboczyć z drogi, jakkolwiek daleko by to nie było, byle tylko ją poznać. Wyjeżdząjąc kilka dni później rozpaczałam, że umówiłam się z kimś nad ciepłym oceanem, że muszę jechać do najpiękniejszego miasta świata, że nie mogę zostać z nimi. Wszystkim nam, wydaje mi się, przydała się ta wizyta.

Więc od początku. G. to jedna z tych wspaniałych hipisek starej generacji, z papierosem zawsze w ustach, z manifestem zawsze na nich. Wyjechała z Belgii koło dwudziestki, żeby w Indonezji, a potem Korei rodzić dzieci i przekonywać się, że strajki to nie zawsze zajęcie ulic z gitarami, ale też czołgi, więzienia i śmierć. Dwadzieścia lat później znalazła się nagle w zimnej Europie, ze stałą pracą i podejrzeniem nowotworu, więc szybko zostawiła kontrakt, męża i kontynent - od tego czasu mieszka tutaj, w mieście, które jeszcze niedawno (a w dużej części wciąż) mogłoby być ilustracją nędzy.

Pojawiła się tu trochę przez przypadek, kiedy favele były zbudowane w całości z opon, kartonów i co większych śmieci, środkiem błotnistych ścieżek płynęły ścieki z całego miasta, odpady ze szpitala, tak, że pod nogami przesuwały się zużyte strzykawki, gnijące bandaże, robaki ciągle wijące się w żywym rynsztoku. Przy każdym deszczu to wszystko rozlewało się szerzej, podnosiło, zalewało prowizoryczne domy. Dzielice były zamknięte, niepotrzebne, całkowicie ignorowane. Jednocześnie lokalne władze miały się (jak zresztą mają się do tej pory) tłusto i znakomicie.

Razem z jednym z mieszkańców - tym, dzięki któremu trafiła na to miejsce między spalonymi słońcem górami - zaczęli pisać projekty, zbierać pieniądze. Festiwale w Belgii, jarmarki, większe rozrywkowe spędy: ktoś rzucił 3 euro, ktoś czek na dziesiec tysięcy. Budowa centrum Vale Viver - Warto żyć - sprzęt, warsztaty, nauka zawodów, języków, wynajęcie nauczyciela capoeiry, codzienna stołówka dla potrzebujących, zatrudnienie możliwie wielu kobiet z dzielnicy: minimum pracy w stołówce za miesięczny kosz z żywnościa. Poszukiwania sponsorów i programów pomocy. Dostęp do lekarstw, zaganianie chorych i rodziców chorujacych dzieci do szczepień, odrobaczeń, zgłaszania się po podstawową pomoc. Mało skuteczna promocja świadomego rodzicielstwa. Przede wszystkim: ciągła walka ze skorumpowanym, złodziejskim lokalnym rządem. Po miesiącach odwoływań się do wyższych instytucji nagle odnajdują się setki tysięcy reais przeznaczone na budowę dróg i kanalizacji w miejscowych favelach. Robaki powoli znikają z ulic.

Teraz projekt budowy dróg jest już prawie na ukończeniu. W Vale Viver G. poznaje mnie z pracownikami i dzieciakami; właściwie każde z nich ma za sobą jedną z tych historii, do których już całkiem przywykliśmy przez banery humanitarnych akcji, które drażnią nas w kinach i przerwach na reklamy, a które z bliska są nagle całkiem prawdziwe i przerażające jak nigdy.Widzisz tę dziewczynkę? 16 lat, troje dzieci, dwójkę poroniła, wszystkie ze swoim ojcem. Ojciec tej drugiej siedział za próby gwałtu na córkach, ale ich matka zmarła i małe są znów pod jego opieką. Ten ciemny chłopiec to jedno z naszych pierwszych dzieci, nie wierzyłam, że damy radę go uratować, wykańczała go robaczyca i niedożywienie. Ale widzisz, jesteśmy. Czasem się udaję. Czasem płaczę. Ale nie płaczę już tyle, co dziesięć lat temu.

Kiedy G. wraca do domu, zostaję jeszcze w faveli na trening capoeiry. Ćwiczą raz w tygodniu, wielka grupa, dołączyć może kto chce, bo wszystko jest darmowe. Wychodzi im lepiej lub gorzej, ale wszystkim na dobre. Poza samą nauką, poza pozbyciem się złej energii - jeśli ćpasz, wylatujesz z grupy. Proste. Na pierwszym treningu nauczyciel robi każdemu krzywdę: to możesz zrobić komuś, jeśli go nie szanujesz. To samo może ci zrobić kto inny. Bądź dobry. Uważaj.
Kilkoro z nich jest lub może być lepsze od salvadorskich profesjonalistów. W nocy jeden z nich - ten niesamowicie giętki chłopak, patrząc na którego zastanawiasz się, czemu to nie on jest nauczycielem - łapie mnie na ulicy, dziękuje za wizytę, nawet nie wiem, ile to dla nich znaczy (przecież oni nawet nie mają pojęcia, ile to dla mnie znaczy), obiecuje nauczyć się hiszpańskiego, jeśli wrócę. Prędko. Łamiąc trzy jezyki mówię, że powinien być profesjonalistą, że naprawdę może, że nie mogłam oderwać oczu; on miesza się gdzieś pomiędzy dumą a zawstydzeniem, przerzucamy się koślawymi zachwytami; G. ciągnie mnie do domu. Anka, jutro wyjeżdzasz - zaprzyjaźniaj się z nim, ale nie tak!

Pijany, ale wspaniały facet G. kręci się po domu w jej satynowym szlafroku. Owijamy się moskitierami, na dobranoc opowieści o moskitach plujących dengą, niekompetencji lekarzy, przypadkowych śmierciach i systematycznych egzekucjach, papużkach na drzewie mango. Kocham was, kochamy cię. Rano wypijesz kawę i pojedziesz na południe, ale pamiętaj, że zawsze możesz tutaj zamieszkać. Mamy problemy, dużo pracy i jeszcze więcej miłości.

2012/11/02

Więc co słyszałeś o favelach?

To, co widzisz z góry, wydaje się niemożliwe, potężne miasto nie może się przecież składać wyłącznie z faveli. Lądujesz, przyglądasz mu się z bliska, od środka: tak właśnie jest. Dzielnice biedy z rzadka przetkane wieżowcami, apartamentowce wyrastające znad ruin. Witaj w Salvadorze!

Iara zgarnia mnie z lotniska i wiezie prosto do jednej z nich. Wyobraź sobie mój wyraz twarzy, kiedy orientuję się, co się dzieje, kiedy w głowie mam ciągle to, czego się nasłuchałam w Europie: wchodzisz i umierasz, nikt nie wiem, ilu ludzi tam żyje, nikogo to nie interesuje, wszystko to tylko przemoc i syf.
Więc jedziemy prosto do jej mieszkania w środku faveli w Cabula i nie mogę być bardziej zaskoczona.

Jasne, że leźć tam samemu to nie jest najlepszy pomysł świata; że ze swoim drogim aparatem i białą skórą lepiej, żebyś trzymał się dzielnicy bogaczy (tej obleganej przez Europejczyków; tej, gdzie brytyjski cmentarz ma najlepszy widok w mieście); że te opowieście pewnie nie biorą się z niczego i czemuś może służą. Warto tylko pamiętać, że przestępczość przestępczością, ale wszyscy jesteśmy ludźmi, a podziały między nami i tak są już zbyt wyraźne.

Ona mieszka tutaj,od kiedy dostała pracę w lokalnej szkole. Na ulicach mijamy jej uczniów ze sztucznymi (?) diamentami w uszach, w markowych ciuchach często kradzionych na ulicy prosto z nosiciela (fajna bluzka; zdejmij i oddaj, teraz). Przez całą noc i cały dzień każdy dom i samochód ryczą muzyką. Wielkie głośniki w oknach i bagażnikach. Nawet, jeśli muzyka gdzieś nie gra, ulica i tak tańczy, wszystkie potrzebne dźwieki ma już w sobie.

To jest pewnie specyfika miasta - praktycznie nie da się nie być w faveli - ale naprawdę czuję się bezpiecznie (pominąwszy może drobny incydent w drodze na wylotówkę, kiedy postanawiam, że z tego miasta lepiej wyjadę autobusem). Turyści w Pelourinho sa jak wycięci z szablony, aż sama mam ochotę ich okraść: niesamowicie spasione, niesamowicie blade kreatury w strojach afrykańskich pionierów, z aparatami odbijającymi się od brzuchów i portfelami wystającymi (do czasu) z tylnych kieszeni, robią sobie zdjęcia z makietką tradycyjnych strojów,biorą od sprzedawców koralików kolejne szmury i dziwią się, kiedy ktos żąda zapłaty. W sklepikach w historycznym centrum manekiny są białe i otyle. Aż się prosi.

Więc może to jest kwestia tego, że to miasto jest specjalne, ale w większej części czuję się tak, jak pod gdańskimi falowcami czy na poznańskich Rybakach. Nie jestem stąd i prawa mam mniejsze, ale jest ok. Jeśli gdzieś gringos padają trupem po przekroczeniu granicy, to musi to być raczej daleko ode mnie.

Uważaj na plecak. W ogóle to najlepiej nic ze sobą nie bierz. Co jakiś czas oglądaj się za siebie. I nie bój się - wszystko jest w porządku.

2012/11/01

Chagas i sępy, czyli autostop w Brazyli.

Deszcz leje się przez otwarte okno hotelu; leżę krzyżem gapiąc się na wiatrak i nie mogę uwierzyć w to czyste łóżko, czyste nogi, ściany rozkosznie chroniące przed potencjalnym słońcem.

Zaczęło się upewnieniem, że Brazylia jest w sumie bardzo podobna do Bałkanów; miałam się bać, miałam się czuć dziwnie, a spokojnie wyciągam łapę i wymyślanym naprędce portugalskim tłumaczę kierowcom, dokąd jedziemy i czemu nie siedzę w Polsce: po staremu, tylko strona oceanu lepsza. Lepsza o tyle, że pędzę szybciej niż autobus i raz-dwa docieram do Carlos Chagas. A-cha, w tym miejscu powinni zajęknąć wszyscy podszkoleni biologicznie. Miłośnicy krówek powinni zajęknąć z rozpaczy.

Nie wiem właściwie, skąd pomysł pchać się w miasteczko dzielące patrona ze wstrętnym choróbskiem. Ale się pcham. Odór już na wjeździe tłumaczy setki krów przed miastem: to jest jedna potężna ubojnia. Powietrze przesiąknięte smrodem ciał. Na ulicach wygłodniałe psy, nad ulicami wygłodniałe sępy. Nikt się nie zatrzymuje, spod sklepów i drzew patrzą na mnie wylegujący się na ziemi starcy w wielkich kapeluszach. Ustępuje drogi kowbojowi o całkiem indiańskiej twarzy. Taki mały Meksyk.

W miasteczku jest obrzydliwie gorąco, ale jest też wspaniale zielono. Wreszcie ktoś zgadza się podrzucić mnie parę kilometrów dalej, na drogę do mojej docelowej wioski. Po chwili ląduje sama na środku spalonej słońcem drogi. Ani śladu cienia, przy drodze kilka ścierw rozrywanych przez sępy. Przełykam ślinę i idę do przodu.
Idę może z 200m. Nie jestem w stanie - i nie ma sensu. Przede mną 70km górskich ścieżek, słońce będzie coraz mocniejsze. Próbuję cofnąć się do miasteczka, ląduje w miejskiej chłodziarni mięsa. Strażnik mówi, że ostatni autobus odjechał godzinę temu, uśmiecha się smutno i już bez słowa przynosi mi kawę i chleb. Za kasą chłodni stoi ubabrana krwią stara Indianka. Umrzesz. Słucham? Nie rozumiem. Rozumiesz. Umrzesz. Słońce cię zabije. 

Nie mogę już nawet przełknąć śliny. Nie ważne, ile piję, wszystko ucieka do słońca, czekam już tylko na udarowe drgawki. Nie ważne, jak bardzo bym chciała, żeby było inaczej, moje zdanie pokrywa się z jej słowami. Skoro tak... Dziękuję za kawę i biorę plecak. Najwyżej sępy się najedzą.


Nie najadły się, nie dziś, nie mną. Nagle kierowca: z miejscem w samochodzie i butelką wody. Odwozi mnie w cień. Kilka godzin później autobus odwozi mnie do pierwszego miasta, które nie nazywa się jak śmierć. Serce już działa normalnie i oddycham bez problemów. Pluję sobie w mordę - i oczywiście jutro jadę dalej.


2012/10/23

Theatrum mundi. Spacery nocne.

Theatrum mundi ma zaszczyt przedstawić

"Spacery nocne"


(Noc. Okolice Stoczni Gdynia)


Anna i Dandys: (spacerują)

Anna: O, ciemna uliczka. Skręćmy.

Dandys: Szajki śpią.

Szajka: (wychyla się zza drzewa)

Dandys: Dobry wieczór!

Szajka: (uśmiecha się nieśmiało i znika)

Anna: (patrzy pytająco) A?

Dandys: Mamy dość słaby kontakt.

Latarnia: (gaśnie powoli, ciągnąc w dół kotarę)


KONIEC




(przegrzebywanie gimnazjalno-licealnych papierów sprzątając pokój przed około-ostatecznym opuszczeniem. Miejsce i bohaterowie sugerują obecność J. Dehnela i A. Latowskiej)

2012/10/22

Ciao pa, żółta febro!

Tak super-praktycznie, bo sama się naszukałam i nic konkretnego nie mogłam znaleźć, zanim nie ruszyłam zadu do przychodni. Tak więc proszę bardzo: szczepionka przeciwko żółtej gorączce, jakby ktoś szukał bardzo podstawowych informacji i nie potrafił na nie wpaść.

W Gdyni (UCMMiT) od wczesnego ranka do popołudnia przyjmą cię bez umawiania się na wizytę; godziny na str. zgadzają się z tymi rzeczywiście funkcjonującymi, więc walić śmiało. Rejestracja pierwsze piętro. Kilkuosobowa kolejka składająca się z marynarzy i żon marynarzy przesuwa się szybko i bezproblemowo. Lekarz ostrzega przed skorpionami, kissing bugs i przystojnymi Latynosami - i że skorpiony to z tego wszystkiego najmniej niebezpieczne. Przygotowań specjalnych nie potrzeba; szczepionka jest, swoją drogą, nieobowiązkowa przy wyjazdach do Ameryki, ale kilkukrotnie słyszałam o nieprzepuszczeniu przez granicę Wenezuela-Brazylia bez żółtej książeczki. Po szczepieniu przez tydzień nie pijesz alkoholu; szczepienie min. na 10 dni przez wyjazdem do strefy zagrożenia; jeśli NIE będziesz w strefie zagrożenia (rejon kraju, nie kraj), lepiej się nie szczepić, bo ryzyko powikłań jest wysokie. Uczuleni na białko kurze - trzymać się z daleka od szczepionki.

Szczepionka 189 zł; żółta książeczka 5 zł; książeczka wydawana od ręki przy szczepieniu. Powtarzane co 10 lat. Całość z rejestracją, czekaniem w kolejce, badaniem, ukłuciem i przylepieniem plasterka ok. 0,5 godziny. Kolejne pół masz teoretycznie odczekać w przychodni, żeby mogli cię odratować po silnej reakcji alergicznej.

Na zdrowie!


2012/10/08

Życie-gnicie.

Gdybym kiedyś miała jakieś wątpliwości, powinnam mieć tę wiadomość zawsze przed sobą. Najlepiej: wytatuować ją sobie na kciuku. Tylko nie mogę jej znaleźć już nigdzie.

W każdym razie: chodzi mi o wiadomość od A., jakieś stwierdzenie przy okazji albo i bez okazji, że życzy mi raczej zejścia na malarię, niż mieszkania tutaj. I to nie było zło-życzenie czy marudzenie na tutaj: to była bodaj najbardziej rozumiejąca, najserdeczniejsza rzecz, jaką usłyszałam/przeczytałam. Serio.

No więc patrzę się na mapę i trochę mnie przerażają dystanse, bo to nagle nie Kosowo i nie da się objechać kraju w jeden dzień; ba, nie da się go przejechać w trzy dni. Problem pewnie w tym, że ciężko wyłączyć siedzący we łbie mechanizm, dzielenie świata według granic; na pewno wiem tyle, że zaznaczam kolejne setki kilometrów dosyć nieufnie. Bo - tak daleko? Naprawdę?

Nie bardzo pomaga rodzina, która co dzień i uparcie przedstawia mi historie pełne krwi, przemocy i handlu ludźmi. I niby wiem, że nie można się nimi przejmować, ale wiadomo - jak się człowiek nasłucha, to mu cudze myśli po głowie chodzą. To powinno być karalne: prześladowanie marzeń i planów, umyślne demotywowanie. Mogliby mi lepiej kilka rolek kliszy kupić, skoro rzeczywiście chcą pomóc.

Więc próbuję przypominać sobie codziennie jak najwięcej wspaniałych kierowców, pamiętać kogo poznałam w trasie. Wiem, że kiedy tylko ruszę tyłek, będzie dobrze (będzie lepiej niż dobrze), ale skoro ciągle na nim siedzę, trzeba tworzyć na własny użytek pozytywne statystki.

Nieważne, kogo odwiedzam, zawsze słyszę to samo: ktośtam (jakaś nieznana osoba, o której czytało się w jęternetach) to podróżuje, autostop i w ogóle rewelacja, taki niesamowity człowiek, taka przygoda; a ty tylko tam jedziesz? To pewnie niedługo wracasz? O ile przeżyjesz. Bo wiesz, że to nieodpowiedzialne i głupie i na pewno cię zjedzą Indianie. Odpowiadam, że wolę, żeby mnie zjedli Indianie niż pleśnie, ale też i nie sądzę, żeby mnie ktoś miał koniecznie pożerać. Na to oczywiście pytania o finanse i kiedy myślę znaleźć stałą pracę i skończyć wreszcie porządne studia.

Kurwa. Jeśli pytającemu się zdaje, że motywuje mnie do czegokolwiek innego, niż kariery bezdomnego hipisa, to grubo się myli.

Druga A. mówi, że jest spora szansa, że moje ciało nie zostanie znalezione. Trzecia A. mówi, że ta cytrynówka to ostatnia, zanim mnie dzicy na ruszcie upieką. I to jest bardzo wspaniały kop do przodu.

2012/10/03

Cały mały świat.

Koleje dolnośląskie, czyli za złotówkę z ogonem do Lwówka, przez deszcz i lasy, półwymarłe miasteczka, gdzie z domów ciągle sypie się niemiecki tynk, z parapetów spływają kwiaty, gdzie na umownych stacjach staruszki bez problemu wskakują na prawie metrowy poziom wagonu; słowem, aż szkoda wyciągać kciuka.

Więc do Lwówka - bo stacja krwiodawstwa i rynek z jagodami. W pociągu jedzie nas może z dziesięć osób. Są znaki, jakieś odchodzące od słupów nalepki z uśmiechniętą krwinką, więc wiadomo, w którą stronę iść. Na wejściu do szpitala wielki napis, regionalne centrum itd., więc wbiegamy, rozglądamy się - nic, nie ma na planie; może to jest tak oczywiste, że już w środku nie ma żadnego napisu na drzwiach? No nie. "Krwio-co? Nie, nie. Nie ma. Autobusy przyjeżdżają, to pani sobie sprawdzi tu na plakacie, wszystko napisane kiedy będzie." Plakat jest, terminy są, lato 2009. Innym razem.

To chociaż te jagody - bo jagód w naszym lesie nie da się zbierać, miejscowi mają swoje stałe rewiry i one są zawsze dokładnie wyskubane zanim się człowiek zwlecze z łóżka. Więc mimo tego, że mieszkamy parku krajobrazowym, wszystko zielone itd. - po jagody jeździ się do Lwówka albo Jeleniej, większego wyboru nie ma, bo tylko tam są większe ryneczki. Nawet dobrze, mamy pretekst do wycieczek. Pakuję do plecaka owoce i zieleninę, łażę szukając kawy (godzina nieludzka, bo przecież ta nieudana próba oddania krwi). Poniedziałek po Agatowym lecie, miasto składa sceny i stragany, zamyka na jesień. Na zimowy sen. Trochę się dziwi, że teraz nagle zachciało ci się przyjeżdżać.

Do pociągu powrotnego jest może z godzina. W tym czasie można zrobić kilka kółek, parokrotnie spotkać na ulicy współpasażerów, którzy też już załatwili wszystkie swoje sprawy i teraz kręcą się zabijając czas, wypić wreszcie tę upragnioną kawę i zostać wyrzuconym z kawiarni za natrętne przesiadywanie. W przydworcowym komisie antyki, które w większych miastach kupiłbyś kilka, czasem z dziesięć razy drożej. Między poniemieckimi komodami i ceramiką używane swetry, rozczłapane buty. Cudowności.

Wiesz, kto wysiądzie na której stacji. Która babcia wyskoczy, na którą pociąg chwilkę poczeka. Na swojej stacji miniesz się z ludźmi, których nigdy właściwie nie poznałeś, ale przecież znasz, często z imienia, adresu albo psa, którego wyprowadzają na wałach. Wszystkie twoje domowe sprawy są przez to trochę śmieszne, trochę wspaniale prawdziwsze, wszystko sprowadzone do swojego prawdziwego wymiaru: słanie podań i pocztówek do Serbii, Rosji, Argentyny; drążenie dyni, bo u sąsiada urodzaj; codzienne rozmowy z Anglią i Rumunią, kiedy siedzisz w tym najmniejszym mieście kraju o topografii serca. Rano zbierasz maliny, wieczorem przerywasz dyskusję o studiach w USA, żeby wyrzucić z domu kolejnego kreta przyniesionego przez kota. Jedno nie byłoby realne bez drugiego. Nie ma Polski bez Bałkanów. Nie ma Rio bez Wlenia.