"Ciepły początek jesieni" - Theatrum Mundi
Theatrum Mundi
"Ciepły początek jesieni"
(Pętla tramwajowa. Ciepły początek jesieni.)
Trawa (tańczy): Ach, świat-at-wiat,
wart ten świat zachodu,
a zachód go niewart!
Świat-ach-świa-wiat!
Anna (siedzi na ławce): Jak brzózek liście mdlejące,
jak wiatr ze wschodu o świcie,
uwij mi gniazdko na łące;
przybądź i uwij mi życie!
Człowiek (podchodzi): A-można?
Anna: A-no.
Człowiek: Przepraszam, nie usłyszałem... Czy można, pytam?
Anna: Mówię, że piękna ta jesień.
Człowiek (zastanawia się przez chwilę): Jeszcze nie. Byle nie było gorzej.
Anna (z wyraźną irytacją w głosie): Że piękna, mówię!
Człowiek: Potrzeba człowiekowi humoru. Ja, na przykład, żyję. Z głupoty jeszcze nikt nie umarł. (Wyciąga paczkę papierosów. Przysuwa ją w stronę Anny i patrzy się groźnie): Prawda?
Anna: Nie.
Człowiek: Nie pali pani?
Anna: Mówię, że nie umarł jeszcze.
Tramwaj (przyjeżdża).
Człowiek: Ładne to lato.
Trawa: Ach, świa-wia-tat!
Zachodu wart,
a zachód znów ma fart!
Świata-rata-rart!
(Tańcząc, opuszcza kotarę. Słychać odjeżdżający tramwaj.)
KONIEC.
///To jest rzecz prawie dziesięcioletnia. Z miłości do ZKM-u i letniego czekania na autobusy.
Przedzieram się przez kilogramy listów, zdjęć, wierszy, opowiadań, rysunków - wszystkiego, co ocalało z liceum. Część jest tak śmieszna, że naprawdę nie wierzę, że byłam z tego kiedyś dumna. A część uwielbiam - jak to maleństwo właśnie.
Páginas
Etiquetas
- Polonia (25)
- Espana (19)
- Brasil (17)
- Bolivia (7)
- Chile (7)
- Peru (7)
- Macedonia (5)
- Argentina (4)
- en ingles (4)
- Gibraltar (3)
- Kosovo (3)
- Magyar. (3)
- kot. (3)
- tłumaczenie. (3)
- Hellada (2)
- Hrvatska (2)
- Moldova (2)
- Montenegro (2)
- Norwegia (2)
- Paraguay (2)
- uk (2)
- ważne ważne (2)
- Bulgaria (1)
- Eesti (1)
- Italia (1)
- Latvija (1)
- Lietuva (1)
- Romania (1)
- Slovenija (1)
- Ukraina (1)
- Česká rep. (1)
2015/11/15
2015/10/29
Sinoniebieski.
Nie
wiem, gdzie zmieniają się te kolory. Jestem prawie pewna błękitu
nieba – ale widzę tę szarość, tę biel, nie wiem już, nie
potrafię i nie wiem dlaczego i jak wyznaczać granice.
Zbyt
wiele zresztą w nas i wokół nas granic.
Białe
plamki kwiatów jak konfetti czy podarte listy, przecież nawet one
łączą się roztańczonymi odwłokami zapylaczy, fruwającym
pyłkiem, nawet one roznoszą się w zapachu, zlewają z zapachem
mokrej ziemi, krwawiących brzóz, z tą sinobłękitną tęczą
górskiego horyzontu. Jeśli wydaje ci się, że cokolwiek z tego
istnieje osobno – spójrz jeszcze raz.
Pomiędzy
tym wszystkim umieram ze szczęścia. Do niczego nie tęsknię. To
jest bardzo piękna, niesamowicie rzadka sprawa, wiesz – nie
tęsknić. W jednej chwili, miejscu, nie pragnąć innych. W jednej
podróży nie planować kolejnej. To nie jest wcale takie oczywiste,
to jest właśnie ta chwilka, w której stronę nie da się iść, a
do której przecież nieustannie się dąży:
goniąc
za wszystkim i chcąc wszystkiego zdać sobie nagle sprawę, że
niczego więcej nie potrzeba, niż właśnie ta obecna, wcale nie
spektakularna chwilka.
Ta
chwilka, która tak nudzi innych, o której nie da się dobrze
opowiedzieć. Nie goni mnie Wielka Stopa. Nie przebijam się przez
andyjskie zarośla. Nie czołgam się przez śnieżną zamieć w
stronę ostatniej stanicy. Ta chwilka, o której nikt nie chce
słuchać.
Ten
spokój, w którym wszystko niby ma swoje własne, niezwiązane z
niczym pochodzenie, znaczenie czy inne bycia wytłumaczenie, a ty
jesteś środkiem świata i w tobie cały ten pozornie podzielony
bajzel łączy się w najbardziej spójną całość.
Więc
jako rozbujany w hamaku środek świata myślę sobie bezmyślnie o
wszystkich bujających się ze mną nitkach połączeń. Wszystkie
piękne światy ze sobą kołyszę.
2015/09/27
Bycie: Wielość.
Ludzie nas definiują, nazywają, taksonomię i systematykę naszą prowadzą po swojemu, przypisują nam własne etykietki, dopasowują do własnych systemów, do własnych wsadzają segregatorów.
No, bo jakoś musimy sobie świat porządkować.
My się dokrajamy, dostosowujemy, podążamy za etykietkami przypisanymi przez innych. Coraz to bardziej zaczynamy przypominać to, co widzą w nas inni. To, czego od nas w związku z tym oczekują zaczynamy robić. I jakby coraz bardziej robimy się kimś innym. Cudzym pomysłem.
No, bo jakoś musimy sobie siebie porządkować. Się prezentować.
Widzę to tak dokładnie, kiedy spotykam tych z innej części własnego życia: z różnych jego czasów, z rożnych jego przestrzeni. Widzą, co chcą widzieć - co wiedzą, co sobie dopowiadają, w co wierzą, co im pasuje - i nie zgadzają się na nic innego. I nie ma miejsca na wielość. A jeśli coś się zmieniło drastycznie - cała przeszłość, całe wspomnienie zostaje jakoś magicznie wymazane. Se fue. прошло. It's gone.
Nie ma miejsca na wielość. Na zmienność. Na bycie, życie, a więc: na ciągłe umieranie. A więc: na ciągłe się odradzanie. Nie ma nowego dnia. Jest jeden. Ciągły. Stały. Nie ma: zmiana. Nie pasuje coś? Naprawi się: zapomni i po sprawie.
Boli to, kiedy neguje się przeszłość. Przeszłość często piękną. Przeszłość często paskudną. Bolesną. Brudną, okropną, złą, wspaniałą, pełną nadziei, beznadziejną. Bo kiedy neguje się przeszłość, neguje się tych niesamowitych ludzi, którymi byliśmy.
Bo kiedy neguje się przeszłość, neguje się całą tę drogę, którą przeszliśmy. Całą tę robotę, którą nad sobą odwaliliśmy.
Nie ma miejsca na wielość. Na inne dziedziny, na to, na co się nie wygląda, co się nie wydaje, czego nie powiedziało się na początku, bo i po co, bo i jak to. Nie pasuje: przecież jesteś biologiem, więc nie tłumaczem. Jaki tam z ciebie biolog: przecież tłumaczysz. Też mi tłumacz: przecież brudny hip bez wykształcenia. Też mi brudny hip bez wykształcenia: przecież jakiś papierek, przecież czasem dach nad głową, przecież czasem praca.
Śmieszne są spotkania ludzi, których uwielbiam - więc jestem przekonana, że będą się uwielbiać oni też - i którzy nie rozumieją całkiem, co ja w tej drugiej osobie widzę. I o czym ona mówi - mówi, że ja jestem igrek, a przecież jestem zet. A przecież jestem iks, alfa, jota, chiński znaczek.
Przerażające są spotkania ludzi, którym uwielbiam, bo tak się całkiem gubię - bo już nie wiem, kim ja jestem w takim razie - chociaż wiem, że jestem wszystkim tym, niczym tym, no wiem, ale jakoś nie zawsze. Tyle twarzy mamy, bynajmniej nie w złym znaczeniu, po prostu w tylu siedzimy kontekstach różnych, że inaczej się nie da. A ja ich nie odróżniam. I się dziwię, zawsze, dwadzieścia sześć lat się dziwię temu co robię, mówię, i czemu czasem tak, a czasem inaczej.
I chciałabym powiedzieć, że to jedno mnie ratuje: ta niewiedza, ta niezdolność do rozpoznania, bo przecież wszystko mi się zdaje jedno. Że się przez to nie dostosowuję, bo przecież i tak nie wiem do czego. Że się nie dokrajam, okrajam, bo nie rozumiem tych wszystkich granic, zasad i podziałów.
Chciałabym powiedzieć, ale. Ale o sobie to tam, wiadomo. Każdy przekonany, że taki Wolny, że on to - ech! - Naprawdę Wolny! Więc skąd ten syf, i skąd to przerażone sobą samym i sobą wzajemnie całe tatałajstwo?
No, więc o sobie - to nie ma co.
A tymczasem trafi się czasem Człowiek, którego widzę w wielości. Który mnie widzi w wielości. Co się bardzo ładnie po angielsku nazywa "kliknięciem". I nie ma miejsca na oczekiwania, kiedy tyle jest do poznania; i nie ma pośpiechu, i nie ma zamykania, wypychania ze "swojego" obszaru, bo wielości nam się nakładają, uzupełniają i wzajemnie potwierdzają. I się umiera i się odradza się ze szczęścia.
I tak można sobie spokojnie być wszystkim naraz, niczym naraz, nic nie rozumieć i - przede wszystkim - nie musieć rozumieć.
I tego trzeba by się było trzymać.
No, bo jakoś musimy sobie świat porządkować.
My się dokrajamy, dostosowujemy, podążamy za etykietkami przypisanymi przez innych. Coraz to bardziej zaczynamy przypominać to, co widzą w nas inni. To, czego od nas w związku z tym oczekują zaczynamy robić. I jakby coraz bardziej robimy się kimś innym. Cudzym pomysłem.
No, bo jakoś musimy sobie siebie porządkować. Się prezentować.
Widzę to tak dokładnie, kiedy spotykam tych z innej części własnego życia: z różnych jego czasów, z rożnych jego przestrzeni. Widzą, co chcą widzieć - co wiedzą, co sobie dopowiadają, w co wierzą, co im pasuje - i nie zgadzają się na nic innego. I nie ma miejsca na wielość. A jeśli coś się zmieniło drastycznie - cała przeszłość, całe wspomnienie zostaje jakoś magicznie wymazane. Se fue. прошло. It's gone.
Nie ma miejsca na wielość. Na zmienność. Na bycie, życie, a więc: na ciągłe umieranie. A więc: na ciągłe się odradzanie. Nie ma nowego dnia. Jest jeden. Ciągły. Stały. Nie ma: zmiana. Nie pasuje coś? Naprawi się: zapomni i po sprawie.
Boli to, kiedy neguje się przeszłość. Przeszłość często piękną. Przeszłość często paskudną. Bolesną. Brudną, okropną, złą, wspaniałą, pełną nadziei, beznadziejną. Bo kiedy neguje się przeszłość, neguje się tych niesamowitych ludzi, którymi byliśmy.
Bo kiedy neguje się przeszłość, neguje się całą tę drogę, którą przeszliśmy. Całą tę robotę, którą nad sobą odwaliliśmy.
Nie ma miejsca na wielość. Na inne dziedziny, na to, na co się nie wygląda, co się nie wydaje, czego nie powiedziało się na początku, bo i po co, bo i jak to. Nie pasuje: przecież jesteś biologiem, więc nie tłumaczem. Jaki tam z ciebie biolog: przecież tłumaczysz. Też mi tłumacz: przecież brudny hip bez wykształcenia. Też mi brudny hip bez wykształcenia: przecież jakiś papierek, przecież czasem dach nad głową, przecież czasem praca.
Śmieszne są spotkania ludzi, których uwielbiam - więc jestem przekonana, że będą się uwielbiać oni też - i którzy nie rozumieją całkiem, co ja w tej drugiej osobie widzę. I o czym ona mówi - mówi, że ja jestem igrek, a przecież jestem zet. A przecież jestem iks, alfa, jota, chiński znaczek.
Przerażające są spotkania ludzi, którym uwielbiam, bo tak się całkiem gubię - bo już nie wiem, kim ja jestem w takim razie - chociaż wiem, że jestem wszystkim tym, niczym tym, no wiem, ale jakoś nie zawsze. Tyle twarzy mamy, bynajmniej nie w złym znaczeniu, po prostu w tylu siedzimy kontekstach różnych, że inaczej się nie da. A ja ich nie odróżniam. I się dziwię, zawsze, dwadzieścia sześć lat się dziwię temu co robię, mówię, i czemu czasem tak, a czasem inaczej.
I chciałabym powiedzieć, że to jedno mnie ratuje: ta niewiedza, ta niezdolność do rozpoznania, bo przecież wszystko mi się zdaje jedno. Że się przez to nie dostosowuję, bo przecież i tak nie wiem do czego. Że się nie dokrajam, okrajam, bo nie rozumiem tych wszystkich granic, zasad i podziałów.
Chciałabym powiedzieć, ale. Ale o sobie to tam, wiadomo. Każdy przekonany, że taki Wolny, że on to - ech! - Naprawdę Wolny! Więc skąd ten syf, i skąd to przerażone sobą samym i sobą wzajemnie całe tatałajstwo?
No, więc o sobie - to nie ma co.
A tymczasem trafi się czasem Człowiek, którego widzę w wielości. Który mnie widzi w wielości. Co się bardzo ładnie po angielsku nazywa "kliknięciem". I nie ma miejsca na oczekiwania, kiedy tyle jest do poznania; i nie ma pośpiechu, i nie ma zamykania, wypychania ze "swojego" obszaru, bo wielości nam się nakładają, uzupełniają i wzajemnie potwierdzają. I się umiera i się odradza się ze szczęścia.
I tak można sobie spokojnie być wszystkim naraz, niczym naraz, nic nie rozumieć i - przede wszystkim - nie musieć rozumieć.
I tego trzeba by się było trzymać.
2015/08/16
Sroslo.
Oslo mnie przerazilo, wykrzywilo, przeploszylo. Tlum, scisk, ludzie obijaja sie o moj plecak, leca przed siebie, twarze wykrzywione, wszystkim sie spieszy dokads tak strasznie i kazdego pospiech jest najwazniejszy z tych wszystkich pospiechow...
Wylaze z centrum. Chce rzeke. Po drodze cpuni sraja posrodku ulicy - normalka; jakas para drze sie na siebie i tlucze po pyskach - normalka; kupuje mango i do jego obrania wyciagam nozyk - ktos wzywa na mnie policje.
Wstaje i leze dalej, wymeczona droga od rana, wymeczona tym przekletym tlokiem i brudem. Wyciagam znow nozyk - juz bez policji. I zaczyna byc coraz lepiej, i zielono, i spokojnie. Ludzie na trawie leza, cwicza, grilluja na tych swoich smiesznych malych tackach. Juz sie nikt nie czepia. Juz kazdy zajmuje sie wylacznie soba.
Tak bedzie mi tutaj przez nastepnych kilka dni - spokojnie, zielono, samotnie, ale juz nie przekonam sie do tego miasta.
Wiec Munch. Wiec jest tutaj na przyklad muzeum Muncha. Jestem szalenie bogata, bo na urodziny dostalam od kogos bilet na prom i dwiescie koron - wiec hej, ho, moge tam nawet wejsc! Bo drzeworyty jego kocham bardzo, bardzo.
A w srodku - a jakze - drzeworytow malo. Za to dziki tlum spycha mnie gdzies na skraj, przemykam miedzy wycieczkami. Z przodu kazdej z nich stoi kilka osob sluchajacych przewodnika, zeby wiedziec, na co w ogole Maja patrzec. Reszta, zniecierpliwiona, tupie i wzdycha. Sama nie wiem, co jest bardziej przykre.
Nie mam juz sily przejmowac sie i wybucham wreszcie smiechem, slyszac czyjes rozpaczliwe marudzenie: tutaj n i c nie ma! Wszedzie tylko same pieprzone obrazy! Co to jest w ogole za miejsce?!...
W botaniku troche lepiej - ludzie grzeja sie na sloncu jak koty, usmiecham sie dlugo do pieknych plecow doskonale bezwstydnej dziewczyny sciagajacej coraz to kolejne warstwy, dzieci wspinaja sie na rodzicow, psy wspinaja sie na dzieci - jest niezle. Zasypiam gdzies pod krzakiem bo wiem, ze skoro trzeba znow dopasowac moje godziny sie godzin goszczacego mnie czlowieka, kolejna noc bedzie znow bardzo krotka.
I tak sie to wlecze. Najbardziej normalne miejsce to centrum informacyjne rozdajace mapy, kawe, kondomy i ulotki typu "Antykoncepcja czy aborcja?". Po calych dniach na resztkach wleczonego ze soba od dawna chleba wpadam do domu rzucajac sie na potezne michy wspanialego, weganskiego, indyjskiego zarcia - szkoda tylko, ze czestujacy mowia do siebie w hindi, na moje proby zagadania odpowiadaja cisza w stylu "kobiety milcza i jedza" i nie pozwalaja mi zrobic w mieszkaniu nic. "Siedz i sie relaksuj". No w chuj zajebiscie jestem zrelaksowana.
No. W kazdym razie cholernie, ale to cholernie chce sie stad wydostac.
Wymyslilam sobie, ze u kolejnej osoby bedzie mi bardzo dobrze. Bo psiara. Na drugi koniec miasta tuptam sobie pieszo z postojami w parkach - im dalej od centrum, tym bardziej to miasto jest znosne.
A na miejscu - na miejscu syf jak po swiezym rozstaniu i - a jakze - opowiesci o tym rozstaniu.
Wiec ja mu powiedzialam: sluchaj, ty mnie bijesz, tluczesz, obrazasz, okradasz, wpychasz mi tabsy do gardla, niszczysz moje rzeczy, spales ze wszystkimi moimi znajomymi... To chyba nie zadziala.
Wylaze z centrum. Chce rzeke. Po drodze cpuni sraja posrodku ulicy - normalka; jakas para drze sie na siebie i tlucze po pyskach - normalka; kupuje mango i do jego obrania wyciagam nozyk - ktos wzywa na mnie policje.
Wstaje i leze dalej, wymeczona droga od rana, wymeczona tym przekletym tlokiem i brudem. Wyciagam znow nozyk - juz bez policji. I zaczyna byc coraz lepiej, i zielono, i spokojnie. Ludzie na trawie leza, cwicza, grilluja na tych swoich smiesznych malych tackach. Juz sie nikt nie czepia. Juz kazdy zajmuje sie wylacznie soba.
Tak bedzie mi tutaj przez nastepnych kilka dni - spokojnie, zielono, samotnie, ale juz nie przekonam sie do tego miasta.
Wiec Munch. Wiec jest tutaj na przyklad muzeum Muncha. Jestem szalenie bogata, bo na urodziny dostalam od kogos bilet na prom i dwiescie koron - wiec hej, ho, moge tam nawet wejsc! Bo drzeworyty jego kocham bardzo, bardzo.
A w srodku - a jakze - drzeworytow malo. Za to dziki tlum spycha mnie gdzies na skraj, przemykam miedzy wycieczkami. Z przodu kazdej z nich stoi kilka osob sluchajacych przewodnika, zeby wiedziec, na co w ogole Maja patrzec. Reszta, zniecierpliwiona, tupie i wzdycha. Sama nie wiem, co jest bardziej przykre.
Nie mam juz sily przejmowac sie i wybucham wreszcie smiechem, slyszac czyjes rozpaczliwe marudzenie: tutaj n i c nie ma! Wszedzie tylko same pieprzone obrazy! Co to jest w ogole za miejsce?!...
W botaniku troche lepiej - ludzie grzeja sie na sloncu jak koty, usmiecham sie dlugo do pieknych plecow doskonale bezwstydnej dziewczyny sciagajacej coraz to kolejne warstwy, dzieci wspinaja sie na rodzicow, psy wspinaja sie na dzieci - jest niezle. Zasypiam gdzies pod krzakiem bo wiem, ze skoro trzeba znow dopasowac moje godziny sie godzin goszczacego mnie czlowieka, kolejna noc bedzie znow bardzo krotka.
I tak sie to wlecze. Najbardziej normalne miejsce to centrum informacyjne rozdajace mapy, kawe, kondomy i ulotki typu "Antykoncepcja czy aborcja?". Po calych dniach na resztkach wleczonego ze soba od dawna chleba wpadam do domu rzucajac sie na potezne michy wspanialego, weganskiego, indyjskiego zarcia - szkoda tylko, ze czestujacy mowia do siebie w hindi, na moje proby zagadania odpowiadaja cisza w stylu "kobiety milcza i jedza" i nie pozwalaja mi zrobic w mieszkaniu nic. "Siedz i sie relaksuj". No w chuj zajebiscie jestem zrelaksowana.
No. W kazdym razie cholernie, ale to cholernie chce sie stad wydostac.
Wymyslilam sobie, ze u kolejnej osoby bedzie mi bardzo dobrze. Bo psiara. Na drugi koniec miasta tuptam sobie pieszo z postojami w parkach - im dalej od centrum, tym bardziej to miasto jest znosne.
A na miejscu - na miejscu syf jak po swiezym rozstaniu i - a jakze - opowiesci o tym rozstaniu.
Wiec ja mu powiedzialam: sluchaj, ty mnie bijesz, tluczesz, obrazasz, okradasz, wpychasz mi tabsy do gardla, niszczysz moje rzeczy, spales ze wszystkimi moimi znajomymi... To chyba nie zadziala.
Krew jej leci po nodze, ledwo sobie z soba radzi i powinnam pewnie wreszcie zwinac sie z tego pieprzonego miasta i pojechac gdziekolwiek. W zielone. W brak ludzi.
Ale zostaje i uspokajam jej psa i drugi juz dzien rozmawiamy o tym, ze podpalenie jego domu nie jest jednak najlepszym pomyslem, ze skoro juz zniknal z miasta to niech przepadnie calkiem, ze zemsta to wiesz, ciebie tez rani, ze wez kurna pojedz na jakas farme i ze tak strasznie sie ciesze, ze zaczela jesc i ze ja wiem, ja do jasnej cholery wiem, co to znaczy dostac po mordzie i usprawiedliwiac czlowieka jeszcze, co to znaczy rzucic sie na kogos z lapami i potem wyc na podlodze i ze, no, ze srodka nie widzi sie tego, jak strasznie to jest chore. Tak ze tego. Ch-ch-ch-ch-changes!
Dostalam nawet psa na spacer samotny. Ponoc jako jedyna osoba.
Mam nadzieje, ze to sie naprostuje. Ja wczesnie rano wyjezdzam w pizdu. Przynajmniej wiem, ze nie chce tu mieszkac - a to jest bardzo uzyteczna wiedza. Przynajmniej do suki cudnej moge sie przytulac i rzucac gumowe kosci i razem z nia na maliny i pokrzywy chodzic - a to jest najbardziej uzyteczne zajecie.
No.
Oslo ssie.
2015/08/11
Male, piekne, prawdziwe.
Nie powiem tego na glos, zeby przez przypadek nie popsuc sprawy, ale do ludzi mam szczescie pierwszorzedne. I nawet, kiedy nie bardzo sie tego szczescia spodziewam - jest.
Mieszkam katem na poddaszu Marity. Co rano sniadanie zajmuje kilka godzin: bo porzeczek trzeba z krzakow narwac do owsianki, do herbate jeszcze piata zaparzyc, bo tyle jest do przegadania, a tak niewiele czasu. Idziemy potem do lasu, w gory, w chaszcze, w krzewinki - na wspinanie, na jagody, na deszcz i na smiech. Wracamy potem do cieplego domu, gdzie woda ciepla pod prysznicem i zupa ciepla w garnku. Ona do pracy, ja do pisania, czytania, spiewania, tanczenia, spania. I znow do nocy rozmowy nad cieplywmi warzywami, nad swiezymi owocami. I to brzmi jak calkiem nic - i to jest calkiem wszystko.
Latwo sie pomylic, latwo pomyslec, ze jesli na czyjs widok wali ci serce, jesli jezyk ci sie placze, jesli tak cholernie sie starasz - to jest milosc. Latwo sie pomylic, latwo pomyslec, ze milosc to sa jakies erotyczne sprawy.
Gdzie tam.
To jest spokoj, to jest bycie zwyczajnym soba, dobrym soba, to jest akceptacja i szczescie. I nie ma to zadnego absolutnie zwiazku ze zwiazkami.
Wiec tak sobie jezdze, laze i kocham. Ogromnie. I za kazdym niesamowitym razem, kiedy sie o Ciebie, moj wspanialy przypadkowy czlowieku, moj jeden z wielu wspanialych przypadkowych ludzi, moje ty przejsciowe, tymczasowe, na cale zycie i na dlugosc pamieci szczescie, potykam, troszke umieram ze szczescia i bardzo z tego szczescia z martwoty wstaje.
Mieszkam katem na poddaszu Marity. Co rano sniadanie zajmuje kilka godzin: bo porzeczek trzeba z krzakow narwac do owsianki, do herbate jeszcze piata zaparzyc, bo tyle jest do przegadania, a tak niewiele czasu. Idziemy potem do lasu, w gory, w chaszcze, w krzewinki - na wspinanie, na jagody, na deszcz i na smiech. Wracamy potem do cieplego domu, gdzie woda ciepla pod prysznicem i zupa ciepla w garnku. Ona do pracy, ja do pisania, czytania, spiewania, tanczenia, spania. I znow do nocy rozmowy nad cieplywmi warzywami, nad swiezymi owocami. I to brzmi jak calkiem nic - i to jest calkiem wszystko.
Latwo sie pomylic, latwo pomyslec, ze jesli na czyjs widok wali ci serce, jesli jezyk ci sie placze, jesli tak cholernie sie starasz - to jest milosc. Latwo sie pomylic, latwo pomyslec, ze milosc to sa jakies erotyczne sprawy.
Gdzie tam.
To jest spokoj, to jest bycie zwyczajnym soba, dobrym soba, to jest akceptacja i szczescie. I nie ma to zadnego absolutnie zwiazku ze zwiazkami.
Wiec tak sobie jezdze, laze i kocham. Ogromnie. I za kazdym niesamowitym razem, kiedy sie o Ciebie, moj wspanialy przypadkowy czlowieku, moj jeden z wielu wspanialych przypadkowych ludzi, moje ty przejsciowe, tymczasowe, na cale zycie i na dlugosc pamieci szczescie, potykam, troszke umieram ze szczescia i bardzo z tego szczescia z martwoty wstaje.
2015/08/10
Jagody.
Moje rece nie sa fioletowe juz zimna - nie sa juz fioletowe od zimna - moje rece sa fioletowe od jagod. Od dziesiatek, garsci, dziesiatek garsci jagod. Moje usta sa jak moje rece. Moje wnetrze tez jest na pewno fioletowe.
Fioletowe mam serce i mysli i brzuch i cos, co moze byc dusza, a moze byc czyms calkiem do duszy niepodobnym. I - jakie to szczescie! - to wszystko z absolutnego przeciwienstwa zimna!
Bardzo mi dobrze i cieplo w kaciku miedzy lasami, fjordami, morswinami, promami, przygarniajacymi mnie imigrantami. Krece sie po miasteczkach i krzakach, zostaje dluzej, dalej bez planu ide.
Tak bez planu wypatrzylam sobie Norwegie i w tej Norwegii miasteczko, w ktorym nie ma nic, czyli wszystko: w ktorym jest czlowiek obcy, dach nad glowa i morze. I jak wytlumaczyc komus, kto z jakiejs przyczyny chce mnie dluzej zatrzymac u siebie, po co to jest, co tam jest, dlaczego ja tam z tym byc chce? Tlumacze, ale nie potrafie, wiec na odchodne i na powodzenia dostaje w prezencie bilet na prom - i ten prom skacze sobie przez wode, przez latarenki, przez kormorany i przestrzenie.
Tak bez planu.
Tak bez planu zaszlam tu w las - las posrodku malenkiego miasteczka, cypelka miedzy skalistymi wyspami. I ten las, musisz mi uwierzyc na slowo, jest nieskonczenie piekniejszy od wszystkich islandzkich parkow razem wzietych. Mchy i paprocie zarastaja, ze wstydem chowaja poniemieckie bunkry. Natura prostuje ludzkie bledy. Na polu walki rosna jagody. Wsuwam te jagody jak dowody zlej historii. Albo jak jagody. Moze jednak jak zwyczajne jagody.
Jak dlugo wytesknione, w deszczu umyte, szczesciodajne jagody. Calkiem nadzwyczajne.
I cala, przysiegam, jestem fioletowa.
I prostuje mi sie z tego fioletu glowa, i prostuje mi sie cos, co mogloby byc dusza.
Tak bez planu. I calkowicie niespodziewanie. I najprosciej, czyli najlepiej na swiecie.
I troche mniej marudze. I duzo bardziej sie usmiecham. I zdecydowanie glosniej w glos spiewam.
Bo z jagodami jest jakos latwiej byc, niz z ludzmi.
Fioletowe mam serce i mysli i brzuch i cos, co moze byc dusza, a moze byc czyms calkiem do duszy niepodobnym. I - jakie to szczescie! - to wszystko z absolutnego przeciwienstwa zimna!
Bardzo mi dobrze i cieplo w kaciku miedzy lasami, fjordami, morswinami, promami, przygarniajacymi mnie imigrantami. Krece sie po miasteczkach i krzakach, zostaje dluzej, dalej bez planu ide.
Tak bez planu wypatrzylam sobie Norwegie i w tej Norwegii miasteczko, w ktorym nie ma nic, czyli wszystko: w ktorym jest czlowiek obcy, dach nad glowa i morze. I jak wytlumaczyc komus, kto z jakiejs przyczyny chce mnie dluzej zatrzymac u siebie, po co to jest, co tam jest, dlaczego ja tam z tym byc chce? Tlumacze, ale nie potrafie, wiec na odchodne i na powodzenia dostaje w prezencie bilet na prom - i ten prom skacze sobie przez wode, przez latarenki, przez kormorany i przestrzenie.
Tak bez planu.
Tak bez planu zaszlam tu w las - las posrodku malenkiego miasteczka, cypelka miedzy skalistymi wyspami. I ten las, musisz mi uwierzyc na slowo, jest nieskonczenie piekniejszy od wszystkich islandzkich parkow razem wzietych. Mchy i paprocie zarastaja, ze wstydem chowaja poniemieckie bunkry. Natura prostuje ludzkie bledy. Na polu walki rosna jagody. Wsuwam te jagody jak dowody zlej historii. Albo jak jagody. Moze jednak jak zwyczajne jagody.
Jak dlugo wytesknione, w deszczu umyte, szczesciodajne jagody. Calkiem nadzwyczajne.
I cala, przysiegam, jestem fioletowa.
I prostuje mi sie z tego fioletu glowa, i prostuje mi sie cos, co mogloby byc dusza.
Tak bez planu. I calkowicie niespodziewanie. I najprosciej, czyli najlepiej na swiecie.
I troche mniej marudze. I duzo bardziej sie usmiecham. I zdecydowanie glosniej w glos spiewam.
Bo z jagodami jest jakos latwiej byc, niz z ludzmi.
2015/07/27
(Vestmanneyar)
nigdy nie bylo jakiejs okreslonej calosci
skonczonosci, w ktora muselismy sie zmiescic
spalismy w parku, dzielilismy sie chlebem z myszami
na sniadanie pilismy najdrozsze kawy nad wymieta ksiazka
nigdy nie bylo jakiegos miejsca - celu
byly tysiace punktow na mapie, ktore nazywalismy domem
trawa zgnieciona rzez namiot
kiedy rankiem spokojnie ruszalismy dalej
skonczonosci, w ktora muselismy sie zmiescic
spalismy w parku, dzielilismy sie chlebem z myszami
na sniadanie pilismy najdrozsze kawy nad wymieta ksiazka
nigdy nie bylo jakiegos miejsca - celu
byly tysiace punktow na mapie, ktore nazywalismy domem
trawa zgnieciona rzez namiot
kiedy rankiem spokojnie ruszalismy dalej
2015/06/28
Moje dziecko idzie do adopcji, albo: życie bezpańskie.
Jest tak:
Prawie dwa lata temu, przy okazji bycia Gdzieś i poznania Kogoś, poznałam Psa. Zaczęłam bywać Gdzieś częściej, żeby jak najczęściej bywać z Kimś. Coraz częściej spotykałam więc Psa i coraz więcej szlaków i poza-szlaków deptaliśmy wspólnie (Pies i ja).
Pies pojawił się Gdzieś, to jest w jednej chacie na szlaku, gdzie mieszkał Ktoś i pomieszkiwałam ja, bo podrzucił go tam turysta. Wcześniej Pies mieszkał w bloku i po dziesięć godzin dziennie czekał na "właściciela" przed tym blokiem przywiązany. Pies, wypada tutaj zaznaczyć, jest hiperaktywnym haszczakiem.
Tak więc Pies mieszkał sobie w chacie, biegał po lesie, wilkom kości podkradał, suki-medalistki podstępem zapładniał i w ogóle był strasznie szczęśliwym psem.
Potem Pies zniknął, a Ktoś nie pozwalał mi go szukać, rozlepiać plakatów, "bo przecież na pewno go wilcy zjedli". Wilcy go jednak na szczęście nie zjedli i po dwóch miesiącach Pies objawił się porwany przez podleśniczego z okolic Gdzieś. Został więc na powrót odbity.
W międzyczasie Ktoś stracił pracę Gdzieś i zszedł ze swojej lesistej górki do najbliższej lesistej wsi, a ja i Pies złaziliśmy tam, gdzie on. I siedział Pies z nami we wsi pod Gdzieś, to znaczy z Kimś jeździł na rowerze, a ze mną dalej po górach i dolinach łaził i łapy w Sanie moczył i sierści na pluszaki dostarczał.
W kolejnym międzyczasie postanowiliśmy z Ktosiem założyć stado i zbudować mu dom, w związku z czym przenieśliśmy się (Ktoś, Pies i ja) w inne góry, gdzie była dla nas tymczasowa praca i tymczasowe mieszkanie. Dojechał nawet do nas Kot i tak sobie w czwórkę ciułaliśmy pieniądze i pomysły na domek na kurzej łapce, co by nas pomieścił pięknie.
Żeby z ciułanych nie odejmować, Ktoś zaczął wyjeżdżać, żeby zarabiać własne pieniądze. Stado okresowo się zmniejszało do trzech sztuk: Kota, Psa i mnie. A jak się zmniejsza, to się zacieśnia, wiadomo.
Nigdy się tego nie spodziewałam, ale pewnego ranka obudziłam się będąc już Psią Mamą. No nic na to nie poradzę.
Pominąwszy wszelkie zawirowania, winy, racje i bójki o opiekę nad Psem, pewnego dnia Ktoś się wyprowadził, a ja znalazłam Psa przywiązanego przed domem. Że niby mam mu znaleźć Dom nowy. Że niby sama to zaproponowałam.
Że niby on nie może. Się zajmować. Że niby ja jestem niestabilna geograficznie i nie mogę. Go ciągać ze sobą. Że niby on nie ma gdzie go trzymać. Że niby ja nie zarabiam nawet na własne utrzymanie. Że niby Psa jest ciężko podrzucić komuś na chwilkę. Że niby powinien mieć dobre warunki. Że niby szukałam, błagałam, kombinowałam, ale nie mógłby ze mną Pies tam, gdzie ja chcę. Że niby siedziałby przywiązany i ja bym przywiązana siedziała.
Że niby lepiej będzie go oddać.
I szukałam i znalazłam. Dobrych ludzi, co pomagają. Popieprzonych ludzi, co chcieli go zabrać do hodowli. Dziwnych ludzi, co mają, a nie lubią haszczaków. Wspaniałych ludzi, którzy zdecydowali się go wziąć - i którym ja zdecydowałam się go oddać.
I umieram. I rozpaczam. I obijam się o ściany i nie mogę odczepić się od Psa i żadne rozstanie nie było tak trudne. Ludzie odchodzą - i zwykle na dobre to wychodzi. Zwierzaki...
No, wobec zwierzaków odejście jest zwyczajnym kurewstwem.
Przylepiam się do Psa, drapię go po uszach (bo nie sięga do uszu, bo kołnierz nosi, bo swędzi strasznie), ryczę mu w sierść i kończy się tak, że to Pies mnie pociesza. Wykopuje mi z zapasów swoich nadpsute kurczaki i półroczne kości. Patrzy uważnie, czy mi trochę lepiej. Więc tym bardziej ryczę, drapię i się przylepiam.
I wiem, że będzie mu dobrze. Lepiej. Chyba. Że taki Dom, jak ten adopcyjny, to już do końca świata. Bez przywiązywania, podrzucania, podkradania, przeprowadzania, porzucania. I co z tego, że wiem.
Że naprawdę nic nigdy nie było takie trudne.
Że chcę już tylko, żeby mu wreszcie było Naprawdę Dobrze.
Prawie dwa lata temu, przy okazji bycia Gdzieś i poznania Kogoś, poznałam Psa. Zaczęłam bywać Gdzieś częściej, żeby jak najczęściej bywać z Kimś. Coraz częściej spotykałam więc Psa i coraz więcej szlaków i poza-szlaków deptaliśmy wspólnie (Pies i ja).
Pies pojawił się Gdzieś, to jest w jednej chacie na szlaku, gdzie mieszkał Ktoś i pomieszkiwałam ja, bo podrzucił go tam turysta. Wcześniej Pies mieszkał w bloku i po dziesięć godzin dziennie czekał na "właściciela" przed tym blokiem przywiązany. Pies, wypada tutaj zaznaczyć, jest hiperaktywnym haszczakiem.
Tak więc Pies mieszkał sobie w chacie, biegał po lesie, wilkom kości podkradał, suki-medalistki podstępem zapładniał i w ogóle był strasznie szczęśliwym psem.
Potem Pies zniknął, a Ktoś nie pozwalał mi go szukać, rozlepiać plakatów, "bo przecież na pewno go wilcy zjedli". Wilcy go jednak na szczęście nie zjedli i po dwóch miesiącach Pies objawił się porwany przez podleśniczego z okolic Gdzieś. Został więc na powrót odbity.
W międzyczasie Ktoś stracił pracę Gdzieś i zszedł ze swojej lesistej górki do najbliższej lesistej wsi, a ja i Pies złaziliśmy tam, gdzie on. I siedział Pies z nami we wsi pod Gdzieś, to znaczy z Kimś jeździł na rowerze, a ze mną dalej po górach i dolinach łaził i łapy w Sanie moczył i sierści na pluszaki dostarczał.
W kolejnym międzyczasie postanowiliśmy z Ktosiem założyć stado i zbudować mu dom, w związku z czym przenieśliśmy się (Ktoś, Pies i ja) w inne góry, gdzie była dla nas tymczasowa praca i tymczasowe mieszkanie. Dojechał nawet do nas Kot i tak sobie w czwórkę ciułaliśmy pieniądze i pomysły na domek na kurzej łapce, co by nas pomieścił pięknie.
Żeby z ciułanych nie odejmować, Ktoś zaczął wyjeżdżać, żeby zarabiać własne pieniądze. Stado okresowo się zmniejszało do trzech sztuk: Kota, Psa i mnie. A jak się zmniejsza, to się zacieśnia, wiadomo.
Nigdy się tego nie spodziewałam, ale pewnego ranka obudziłam się będąc już Psią Mamą. No nic na to nie poradzę.
Pominąwszy wszelkie zawirowania, winy, racje i bójki o opiekę nad Psem, pewnego dnia Ktoś się wyprowadził, a ja znalazłam Psa przywiązanego przed domem. Że niby mam mu znaleźć Dom nowy. Że niby sama to zaproponowałam.
Że niby on nie może. Się zajmować. Że niby ja jestem niestabilna geograficznie i nie mogę. Go ciągać ze sobą. Że niby on nie ma gdzie go trzymać. Że niby ja nie zarabiam nawet na własne utrzymanie. Że niby Psa jest ciężko podrzucić komuś na chwilkę. Że niby powinien mieć dobre warunki. Że niby szukałam, błagałam, kombinowałam, ale nie mógłby ze mną Pies tam, gdzie ja chcę. Że niby siedziałby przywiązany i ja bym przywiązana siedziała.Że niby lepiej będzie go oddać.
I szukałam i znalazłam. Dobrych ludzi, co pomagają. Popieprzonych ludzi, co chcieli go zabrać do hodowli. Dziwnych ludzi, co mają, a nie lubią haszczaków. Wspaniałych ludzi, którzy zdecydowali się go wziąć - i którym ja zdecydowałam się go oddać.
I umieram. I rozpaczam. I obijam się o ściany i nie mogę odczepić się od Psa i żadne rozstanie nie było tak trudne. Ludzie odchodzą - i zwykle na dobre to wychodzi. Zwierzaki...
No, wobec zwierzaków odejście jest zwyczajnym kurewstwem.
Przylepiam się do Psa, drapię go po uszach (bo nie sięga do uszu, bo kołnierz nosi, bo swędzi strasznie), ryczę mu w sierść i kończy się tak, że to Pies mnie pociesza. Wykopuje mi z zapasów swoich nadpsute kurczaki i półroczne kości. Patrzy uważnie, czy mi trochę lepiej. Więc tym bardziej ryczę, drapię i się przylepiam.
I wiem, że będzie mu dobrze. Lepiej. Chyba. Że taki Dom, jak ten adopcyjny, to już do końca świata. Bez przywiązywania, podrzucania, podkradania, przeprowadzania, porzucania. I co z tego, że wiem.
Że naprawdę nic nigdy nie było takie trudne.
Że chcę już tylko, żeby mu wreszcie było Naprawdę Dobrze.
2015/06/23
Studium noska.
Jeśli życie ma jakiś szumnie zwany sens - to jest właśnie on:
Ruchy psiego noska, kiedy w letni poranek leży na trawie, mruży oczy, śledzi krajobrazy zapachów.
Przymrużone kocie oczka, nastroszone kocie uszka, kiedy rozciąga się na ciepłym murku.

Słodka truskawka błyszcząca się na krzaczku.
Zapach świeżego prania i świeżo rozkopanej ziemi.
Nazwy miejscowości na trasie pekaesu: Trzebień, Trzęsacz, Mrzeżyno, Dźwirzyno. Ważenie tych nazw na języku, szeptanie ich sobie samemu w rytm asfaltowych dziur.
Cisza, kiedy nie gra muzyka, nie szumi komputer, nie warczą maszyny.
Zasypianie nad książką. Budzenie się z kotem w miejsce książki.
Yerba, która smakuje jak poranki na dachu w Mendozie.
Kiedyś, z powodu tak błahego, że to jest aż śmieszne, zatrzymało mi się serce. Zatrzymało się na chwileczkę, bo w tej właśnie chwili do domu wbiegli ratownicy. To "całe życie przebiegające przed oczami", wiesz, to nie jest takie znowu z palca wyssane.
Przesuwały mi się scenki. Kadry. Momenty. Żadne podróże na koniec świata i wielkie przełomy życia, nic takiego.
Widziałam, jak kocur wciska się między mnie a książkę. Jak brnę z Przyjaciółką przez suche liście w Redłowie. Jak śmieją się moje babcie. Jak w niedzielny poranek Tata testuje głośniki. Jakieś łaskotki. Jakąś zgubioną dawno zabawkę.
Jeśli życie ma jakiś szumnie zwany sens - to jest właśnie on.
Ruchy psiego noska, kiedy w letni poranek leży na trawie, mruży oczy, śledzi krajobrazy zapachów.
Przymrużone kocie oczka, nastroszone kocie uszka, kiedy rozciąga się na ciepłym murku.

Słodka truskawka błyszcząca się na krzaczku.
Zapach świeżego prania i świeżo rozkopanej ziemi.
Nazwy miejscowości na trasie pekaesu: Trzebień, Trzęsacz, Mrzeżyno, Dźwirzyno. Ważenie tych nazw na języku, szeptanie ich sobie samemu w rytm asfaltowych dziur.
Cisza, kiedy nie gra muzyka, nie szumi komputer, nie warczą maszyny.
Zasypianie nad książką. Budzenie się z kotem w miejsce książki.
Yerba, która smakuje jak poranki na dachu w Mendozie.
Kiedyś, z powodu tak błahego, że to jest aż śmieszne, zatrzymało mi się serce. Zatrzymało się na chwileczkę, bo w tej właśnie chwili do domu wbiegli ratownicy. To "całe życie przebiegające przed oczami", wiesz, to nie jest takie znowu z palca wyssane.
Przesuwały mi się scenki. Kadry. Momenty. Żadne podróże na koniec świata i wielkie przełomy życia, nic takiego.
Widziałam, jak kocur wciska się między mnie a książkę. Jak brnę z Przyjaciółką przez suche liście w Redłowie. Jak śmieją się moje babcie. Jak w niedzielny poranek Tata testuje głośniki. Jakieś łaskotki. Jakąś zgubioną dawno zabawkę.
Jeśli życie ma jakiś szumnie zwany sens - to jest właśnie on.
2015/06/19
Odmarzanie.
Odmarzanie, do życia wracanie. Ze skorupki, z kłębka wygrzebywanie.
Patrzysz na siebie któregoś ranka i pukasz mocno w czoło, hej idioto, co żeś zrobił, co robisz, wyjdź, pójdź, idź, rusz się! Rusz nogą. I głową. I życiem. I machaj nimi wreszcie, znów!
I pamiętaj: nie zmienisz nikogo, poza sobą. I nie masz do tego żadnych uprawnień, a na pewno takiego obowiązku. Najwyżej sami się zmienią, jeśli Ty pięknym będziesz Sobą.
Masz pełną i absolutną odpowiedzialność za własne - i tylko za własne - działania.
Nie jesteś niczym skończonym i nie masz przed sobą "etapów" do wykonania, wypełnienia, odhaczenia. Życie serio jest, po prostu jest, i bardzo plastyczne jest, i bardzo przepiękne i bardzo przerażające jest. I w bardzo dużym zakresie sam sobie przerażenia i przezachwyty z niego wybierasz.
Dupa musi być w ruchu.
Pitu-pitu.
Cześć, dzień dobry, strząsam bycia senność i wracam do Bycia. Jest super!
Patrzysz na siebie któregoś ranka i pukasz mocno w czoło, hej idioto, co żeś zrobił, co robisz, wyjdź, pójdź, idź, rusz się! Rusz nogą. I głową. I życiem. I machaj nimi wreszcie, znów!
I pamiętaj: nie zmienisz nikogo, poza sobą. I nie masz do tego żadnych uprawnień, a na pewno takiego obowiązku. Najwyżej sami się zmienią, jeśli Ty pięknym będziesz Sobą.
Masz pełną i absolutną odpowiedzialność za własne - i tylko za własne - działania.
Nie jesteś niczym skończonym i nie masz przed sobą "etapów" do wykonania, wypełnienia, odhaczenia. Życie serio jest, po prostu jest, i bardzo plastyczne jest, i bardzo przepiękne i bardzo przerażające jest. I w bardzo dużym zakresie sam sobie przerażenia i przezachwyty z niego wybierasz.
Dupa musi być w ruchu.
Pitu-pitu.
Cześć, dzień dobry, strząsam bycia senność i wracam do Bycia. Jest super!
2014/09/03
Kraj paszportowy, kraj prawdziwy.
Rzecz jest bardzo prosta i najłatwiej ją wyjaśnić na przykładzie. A więc, przykład.
Jesień - Talca, Chile. Siedzę w domu, Violeta Parra śpiewa, ja śpiewam z nią i płaczę bardzo. Dzwoni Przyjaciel - wszystko w porządku? Wszystko w porządku, słucham i płaczę. Przychodzi do domu, siadamy razem i razem słuchamy, płaczemy, śpiewamy. Jest przepięknie.
Jesień - Wleń, Polska. Siedzę w domu, Violeta Parra śpiewa, ja śpiewam z nią i jak wyżej. Dzwoni Facet - wszystko w porządku? Wszystko w porządku, słucham chilijskich piosenek i płaczę. A nie mogłabyś lepiej obejrzeć jakiegoś polskiego serialu i nie płakać?
A kiedy ktoś zaczął w Chacie śpiewać Jarę, ja szczęśliwa dołączyłam się po cichu. Przestali, obrażeni - bo na trzeźwo nie śpiewa się dla piosenki, ale żeby pokazać swój głos.
Ratunku.
A kiedy ryczę tu na szlaku wpatrzona w dolinę jakąś wspaniałą, odsuwają się.
A kiedy ryczałam tam kiedyś nad ranem przy drodze, zatrzymało się auto - co się dzieje, flaca? Nic się nie dzieje, patrz, jakie różowe są Andy! I ryczeliśmy razem. Z piękna.
Tam kraj twój, gdzie płacz ze szczęścia twój. Tak mi cholernie brakuje wspólnej uczuciowości.
Paskudna, odsłowiańszczona Polsko, tak mi czasem z Tobą ciężko!
Ech.
2014/08/29
Jestem bardzo.
Dostałam wiadomość, że pusto. Więc jeśli komuś przykro, że tu pusto, to mi bardzo przykro i bardzo mi miło zarazem. Tu mnie nie ma, bo jestem, bardzo jestem.
Nie bardzo mogłam pisać z Paragwaju, bo wisiałam w hamaku albo ganiałam za krówkami i - chwała światu! - nie otaczały mnie internety.
Nie bardzo mogłam pisać z Patagonii, bo rozbijałam mój zielony namiot przy drodze albo ganiałam za krówkami i jw.
Nie bardzo mogłam pisać z Bieszczadów, bo jw. i jak jeszcze wyżej.
To znaczy mogłabym, ale to by wymagało chociaż tymczasowego zerwania z przeżywaniem na rzecz zapisania. A teraz, ech, teraz jestem czasowo domna, co noc mam przez brzuch przerzuconą łapę ludzką albo na brzuchu leżącego Kota; Pies ogłosił szalone zakochanie we mnie i nic beze mnie nie chce robić; piorę komuś skarpy, wyczytuję literki z bibliotecznych książek (i to jest wspaniałe, bo ja uwielbiam biblioteki, a tę moją tutejszą - borze zielony, gdyby tak oświadczyć się bibliotece!...), coś tam gotuję, coś tam udaję bieganie, coś tam bardzo przewspaniale Żyję. I jest cholernie przepięknie.
I mogę pisać, no, mogę pisać mimo tego, że wiszę w hamaku i ganiam za krówkami i czasem rozbijam namiot, bo internety są, są w dużych ilościach.
Więc jakby to kogoś interesowało, to proszę bardzo.
Więc no. Jedzcie i wąchajcie letnie pomidory, chodźcie na długie spacery i uśmiechajcie się do roślin i śmiejcie się do tęczy i mówcie chmurom, że są absolutnie niespotykanie przepiękne.
Ja, w każdym bądź razie, tak robię.
:)
2014/04/02
Piosenka do siebie.
Czasem - często - mam wątpliwości. Ogromne, rozsypujące wszystko wątpliwości.
Mam wątpliwości bo czasem - często - za dużo myślę.
Babi łeb, na pełnych obrotach bez wytchnienia.
Ale wystarczy: głęboki oddech:
jest tak:
Początek kwietnia. Słońce. Ptaszkowie braciszkowie śpiewają - ja w tym słońcu i w tym braciszków śpiewie leżę, bujam się, w hamaku. W hamaku na własnych krzywych plecach targanym z targu, z Paragwaju. Gdzie (w Paragwaju, z targu) pomagał mi go targać niejaki D., który dzień wcześniej znalazł mnie osuwającą się z parkowej ławki w gorączce i tak już na czas mojej obecności w okolicach Asunción zaadoptował.
Teraz hamak wisi w Bieszczadach. Na górce, na balkonie z widokiem na Połoniny błękitne, chociaż jak najbardziej z tego świata; na balkonie schroniska, które schroniskiem wcale nie jest, gdzie ja między wieloma się chronię w zielonym i między - ufam - niewieloma w pewnych łapskach. I między psimi uszami i szeleszczącymi kartkami i krążącymi banieczkami także. Więc tam właśnie wisi hamak.
Tuż za hamakiem grzeje się na słońcu właściciel łap i paru przyjaciół. Przyjaciele krążą, przyłażą, wyłażą, ja też mam wyleźć, ale - jak zawsze - cienko to idzie, więc ślę wiadomość do swojej kolejnej bezpłatnej pracy czekajcie proszę, bo lecę z Bieszczadów i no, wiadomo, nie będę na czas; wreszcie któregoś popołudnia odrywam się od hamaka, kominka, psich uszu i sowich (i swoich) pohukiwań, zbiegamy po cudownie nie-ośnieżonym, nie-błotnistym szlaku, kaczeńce w rowach są wielkości moich oczu, łapy łapią stopa gdzieś w strony, gdzie picie wódki ma wyłącznie dobre skutki, ja łapię coś na północ, kilkanaście godzin i kilka przesiadek, nieplanowany nadranek w Siedlcach spędzam uciekając z Warszawy i oto naglę zdaję sobie sprawę, że Warszawa wcale nie jest najbrzydszym miastem Polski - o, zdecydowanie brakowało mi wcześniej wizyty w Siedlcach, jeśli coś takiego byłam w stanie powiedzieć - dalej już w normalne strony, gdzie drewniane chatki, sławny puszczyk mszarny, jakiś mandat, jakaś wylotówka, jakiś na stopa złapany autobus - kierowca autobusu w listopadzie wiózł mnie swoim busikiem własnym i ja mu o tym mówię szczęśliwa, i on odburkuje coś pod nosem i wreszcie krzyczy pani siada, co pani!, i już tylko chwila i proszę bardzo:
oto na chwilkę nie jestem bezdomna i to jest takie kolejne tymczasowe oto bardzo przepiękne.
Na korytarzach zdjęcia Wilczka, na płocie za oknem przyszli leśnicy piją piwo, w Instytucie jest nas raptem parę osób i już widzę, że jest dobrze, a będzie tylko lepiej.
Bo jak może być?
Kładę się na parapecie, zasypiam słuchając braciszków, budzi mnie wołanie na kawę do biblioteki.
I nie myślę. O bzdurach. Nie mam czasu, cały czas mi zajmuje zachwyt.
Bo - przysięgam, kiedy tylko pozwalam zdawać sobie z tego sprawę, z całym błyskiem, z całą jaskrawością spada na mnie:
nie ma dla mnie piękniejszego życia niż życie moje, hej-ho!
Mam wątpliwości bo czasem - często - za dużo myślę.
Babi łeb, na pełnych obrotach bez wytchnienia.
Ale wystarczy: głęboki oddech:
jest tak:
Początek kwietnia. Słońce. Ptaszkowie braciszkowie śpiewają - ja w tym słońcu i w tym braciszków śpiewie leżę, bujam się, w hamaku. W hamaku na własnych krzywych plecach targanym z targu, z Paragwaju. Gdzie (w Paragwaju, z targu) pomagał mi go targać niejaki D., który dzień wcześniej znalazł mnie osuwającą się z parkowej ławki w gorączce i tak już na czas mojej obecności w okolicach Asunción zaadoptował.
Teraz hamak wisi w Bieszczadach. Na górce, na balkonie z widokiem na Połoniny błękitne, chociaż jak najbardziej z tego świata; na balkonie schroniska, które schroniskiem wcale nie jest, gdzie ja między wieloma się chronię w zielonym i między - ufam - niewieloma w pewnych łapskach. I między psimi uszami i szeleszczącymi kartkami i krążącymi banieczkami także. Więc tam właśnie wisi hamak.
Tuż za hamakiem grzeje się na słońcu właściciel łap i paru przyjaciół. Przyjaciele krążą, przyłażą, wyłażą, ja też mam wyleźć, ale - jak zawsze - cienko to idzie, więc ślę wiadomość do swojej kolejnej bezpłatnej pracy czekajcie proszę, bo lecę z Bieszczadów i no, wiadomo, nie będę na czas; wreszcie któregoś popołudnia odrywam się od hamaka, kominka, psich uszu i sowich (i swoich) pohukiwań, zbiegamy po cudownie nie-ośnieżonym, nie-błotnistym szlaku, kaczeńce w rowach są wielkości moich oczu, łapy łapią stopa gdzieś w strony, gdzie picie wódki ma wyłącznie dobre skutki, ja łapię coś na północ, kilkanaście godzin i kilka przesiadek, nieplanowany nadranek w Siedlcach spędzam uciekając z Warszawy i oto naglę zdaję sobie sprawę, że Warszawa wcale nie jest najbrzydszym miastem Polski - o, zdecydowanie brakowało mi wcześniej wizyty w Siedlcach, jeśli coś takiego byłam w stanie powiedzieć - dalej już w normalne strony, gdzie drewniane chatki, sławny puszczyk mszarny, jakiś mandat, jakaś wylotówka, jakiś na stopa złapany autobus - kierowca autobusu w listopadzie wiózł mnie swoim busikiem własnym i ja mu o tym mówię szczęśliwa, i on odburkuje coś pod nosem i wreszcie krzyczy pani siada, co pani!, i już tylko chwila i proszę bardzo:
oto na chwilkę nie jestem bezdomna i to jest takie kolejne tymczasowe oto bardzo przepiękne.
Na korytarzach zdjęcia Wilczka, na płocie za oknem przyszli leśnicy piją piwo, w Instytucie jest nas raptem parę osób i już widzę, że jest dobrze, a będzie tylko lepiej.
Bo jak może być?
Kładę się na parapecie, zasypiam słuchając braciszków, budzi mnie wołanie na kawę do biblioteki.
I nie myślę. O bzdurach. Nie mam czasu, cały czas mi zajmuje zachwyt.
Bo - przysięgam, kiedy tylko pozwalam zdawać sobie z tego sprawę, z całym błyskiem, z całą jaskrawością spada na mnie:
nie ma dla mnie piękniejszego życia niż życie moje, hej-ho!
2014/03/22
Zęby.
Śni mi się:
Wszyscy mówią, że mam krzywe zęby. Nieładne. Nie takie, jakie powinny być.
Nie wiem dlaczego, ale nagle zaczyna mi to przeszkadzać.
Znajduję jakiś aparat, nakładam na zęby. Boli, strasznie boli, ale mówią, że musi boleć. Że się przyzwyczaję, zobaczę efekty.
Kiedy ściągam aparat, ściągam go razem z zębami. Jestem przerażona, płaczę, pytam jak to.
Zadowolona rodzina, mama kiwa głową, nie martw się, tak jest zawsze, tak jest nawet lepiej, teraz już zawsze będą białe, ładne, proste, zobacz, wystarczy je wcisnąć, wpiąć na zatrzask, wyglądają jak żywe, jak prawdziwe.
Budzę się: uznam to za znak, za wskazówkę z wewnątrz siebie. Ahi va mi alma vagabunda; były pomysły oswajania mnie z jednym miejscem, robienia dyplomu, zakładania domu, w którym cały czas byśmy się żarli, ale przecież generalnie jest nam razem dobrze.
Nie.
Przyszła wiosna, pora wracać w drogę.
Wszyscy mówią, że mam krzywe zęby. Nieładne. Nie takie, jakie powinny być.
Nie wiem dlaczego, ale nagle zaczyna mi to przeszkadzać.
Znajduję jakiś aparat, nakładam na zęby. Boli, strasznie boli, ale mówią, że musi boleć. Że się przyzwyczaję, zobaczę efekty.
Kiedy ściągam aparat, ściągam go razem z zębami. Jestem przerażona, płaczę, pytam jak to.
Zadowolona rodzina, mama kiwa głową, nie martw się, tak jest zawsze, tak jest nawet lepiej, teraz już zawsze będą białe, ładne, proste, zobacz, wystarczy je wcisnąć, wpiąć na zatrzask, wyglądają jak żywe, jak prawdziwe.
Budzę się: uznam to za znak, za wskazówkę z wewnątrz siebie. Ahi va mi alma vagabunda; były pomysły oswajania mnie z jednym miejscem, robienia dyplomu, zakładania domu, w którym cały czas byśmy się żarli, ale przecież generalnie jest nam razem dobrze.
Nie.
Przyszła wiosna, pora wracać w drogę.
2014/03/02
Ciągnie magnetycznie, czyli chciane powroty.
No, to miałam się szlajać.
Ale - wierz mi, cholernie ciężko jest się wywlec z zimowych Bieszczadów. Nie to, żeby ciężko było wyjechać - nie, nie tej zimy, drogi przejezdne, dookoła biało, ale wszystko pięknie i sprawnie działa. Ale niesamowicie, niesamowicie ciężko jest znaleźć wystarczająco dobry powód, żeby te Bieszczady zamienić na jakieś Wenecje, Chorwacje czy inne bzdety.
Trudno - obiecałam - muszę jechać.
Niechętnie i tylko dlatego, że najpierw przez ocean, a potem przez pół subkontynentu leciała do mnie Moja
Wenezuelka. Któregoś przepitego ranka wracali z Chaty chłopaki z Gliwic, więc nie było co się dalej wykręcać - pusty plecak na grzbiet, senne nogi na śnieg, chwilę później jesteśmy na dole, godziny później dojeżdżamy do miasta. Straszą budynki, straszą ludzie i auta i ulice i szarość dookoła, ale obok Człowiek piękny, w domu kominek udaje kominek chatowy, nie jest źle. Błogo bardzo sławieni, przypadkiem spotkani, najbardziej kochani ludzie.
Rano wyczłapujemy się z łóżek - Tomek do pracy, ja na autostradę, z autostrady do Czech - jakieś ciężarówki, jakieś w deszczu spacery po autostradzie, jakieś polsko-czeskie gadki na stacjach benzynowych, jakieś na ostatnią chwilę szukanie kwatery. Odzywa się Krzysiek, za dnia i deszczu łazimy po Brnie gadając o miłości, Gruzji i tramwajach z przerwami na piwo jedno, drugie, kolejne. Odzywa się Tomáš, nocą i deszczem kręcimy się po mieszkaniu mieszając języki, warzywa i historie z przerwami na piosenkę pierwszą, drugą, całonocną.
Pies o lisim pysku doskonale dogaduje się ze mną po polsku.
I rano znowu uścisk-tramwaj-tramwaj-stacja-Wiedeń-parking-ciężarówka-ciężarówka-nocne kilometry po autostradzie, po błocie, przez chaszcze, proszenie jakiegoś pijanego Włocha, amigo, me puedes llevar hasta Udine?, Włoch się patrzy, ciao, bella, ovviamente, andiamo!-autobus-pod daszkiem na Chiarę czekanie. Nocny spacer i nocne wegan rozmowy, poranna decyzja, że nie, nie, żadna tam Wenecja, jeszcze zostać, jeszcze pogadać, taki piękny człowiek, nie można ot tak zostawić za sobą, trzeba razem nogi chociaż trochę schodzić, brzuchy chociaż trochę napchać, z serca i ze łba zrzucić trochę na siebie wzajemnie. Więc spokojny dzień w małym mieście, nocą szczęśliwym trafem przeskok do Triestu. I potem już ten Triest.
Słońce, morze, nad morzem huśtawki, z huśtawek wiadomości, ze wszystkich targów, zamków i nadmorskich huśtawek tęsknię za tobą okropnie, piękne łażenie bezcelowe, piękne ulicznych kotów głaskanie, z nogami na ścianie leżenie. Ktoś dzwoni do drzwi, ale ja nie znam włoskiego, mówię coś po hiszpańsku i dzwoniący strasznie się cieszy, mój boże, przecież ja jestem z kolumbii, mój borze, przecież ty jesteś z kolumbii, a co ty tu robisz, a ty co, i patrz, jeszcze znajoma z chile, o rety, a przecież to moja obczyzna zaadoptowana, cudne nieznaczące nic, zakochane w życiu gadki w progu, jak mi tego brakowało, jak mi Ciebie strasznie brakuje, America hermosa!
Wieczorem pojawia się Moja Wenezuelka i dalej już tak razem: słońce, morze, nad morzem huśtawki, w pięknym łażeniu wpadanie na Ludzi Spode Drzwi, anka, jesteś tu jeden dzień i pozdrawiają cię już na ulicach? Pozdrawiają. Lubię Triest. Bardzo mi jest w Trieście dobrze, zwłaszcza kiedy muzyka za darmo nocą i koło południa po targu porzucone warzywa. Nad łóżkiem okno, nad oknem gwiazdy, nad gwiazdami - ?
Bardzo mi jest dobrze.

I dalej jak zawsze, nic specjalnego, wszystko niesamowite. Wytęskniona mieszanka wszystkich słowiańskich języków, która nie jest żadnym językiem. Połamana Słowenia, tak okrutnie jej lasy zmiotło. Ukochana Ljubljana pełna ukochanych ludzi, mogę przeskakiwać z ramion przyjacielskich w ramiona przyjacielskie i wszystkie je znam doskonale, i żadnego z nich nie spotkałam wcześniej w tym miejscu, i w inne miejsce leci wiadomość, gołe baby na kartce, bo przecież lubisz gołe baby, to masz, a tu jeszcze takie kulturne, z muziejów. Och-ach.
I dalej, już we trzy, bo Chiara, moja włoska, wspaniała, nowa, ale już swoja - nie chciała tak siedzieć, skoro ja jechałam, więc dojechała. I już dalej, we trzy. Jakaś Chorwacja, jakieś wybrzeża i deszcze i kłótnie komunistów i psów po cyckach drapanie, jakieś mgły, zimnice, jakiś dzień w Zagrzebiu rozpoczęty w knajpie, spędzony w knajpie, jakieś spacery i złe przeczucia i wiadomość z daleka piłem, trzeźwieję, nie mam pracy. Moje na szybko pakowanie plecaka, poranne wyjście na drogę, biegiem do Polski, nigdy wcześniej nie chciałam wracać do Polski, a teraz, o rety, już, teraz, być. No i zabierają nas Polacy, zabierają do Budapesztu, obiecują rano odwieźć do Raciborza (nie po drodze, ale co może być lepszego, niż nieplanowana wizyta w Raciborzu?), pozdrawiam ślepe lwy, ściskam Moją Senną Wenezuelkę, przepraszam, że tak krótko, przepraszam, że cię zostawiam, ale wiesz sama, i ona wie i ściska mnie sennie i już dalej autobus-autobus-auto-ciao, Polonia! Pozdrawiam Racibórz każdym pięknym wspomnieniem z niego, każdą zjedzoną truskawką, każdym spacerem z Justyną, każdą kroplą krwi spadającą na podłogę zanim na podłogę spadnę ja i krwioodbiorcza pielęgniarka krzyknie no wiesz, trzeba było zjeść kiełbasę!, pozdrawiam lasy i szyny po drodze, Kraków wieczorem, przyjaciółkę matki przyjaciółki (czyli przyjaciółkę) nocą pozdrawiam. I nic nie mówię, nic się nie przyznaję, że jadę, a i tak już wiedzą, że wracam w góry.
Rano busik, w busiku radio, w radiu Grechuta. Zaczynam nucić i w tej samej chwili słyszę, że mężczyzna za mną pogwizduje. Wpadamy w śmiech, część buska z nami się śmieje, część dołącza się do śpiewu, wszyscy od ucha do ucha uśmiechnięci. Krakowiu, ajlowiu!
I dalej, dalej, lecę już prosto z Remikiem, auto pełne, cała zawartość auta się dziwi, to jak ty żyjesz? jak to - nie pracujesz? to co jesz? gdzie śpisz? i to tak ci się chce? a jakbyś chora była, to jak? i w ogóle, o rety, może książkę napisz, bo to dziwne takie całkiem, że nawet nie wyglądasz na bezdomną, a i ciastka masz dla wszystkich...
Dobrze się gada? Dobrze. Więc Remik podwozi mnie dalej, potem podwożą mnie nogi, gdzieś w środku lasu telefon, kiedy przyjeżdżasz, mówili mi, że przyjeżdżasz, a cię nie ma, jeszcze moment i proszę bardzo, stuk-puk, daj mi jeść i rękę swoją mi daj, i ja w twoje dłonie perswaduję i jest mi to absolutnie nieobojętne.
I gdyby nie te uśmiechnięte oczy, ludzie wytęsknieni, bo niewidziani tak dawno lub tak w ogóle, gdyby nie to, że świat jest tak niesamowicie przepiękny, to można by wcale nie wyjeżdżać. Bo muszę się niestety przyznać, że wszędzie dobrze, ale w Chacie najlepiej.
Ale - wierz mi, cholernie ciężko jest się wywlec z zimowych Bieszczadów. Nie to, żeby ciężko było wyjechać - nie, nie tej zimy, drogi przejezdne, dookoła biało, ale wszystko pięknie i sprawnie działa. Ale niesamowicie, niesamowicie ciężko jest znaleźć wystarczająco dobry powód, żeby te Bieszczady zamienić na jakieś Wenecje, Chorwacje czy inne bzdety.
Trudno - obiecałam - muszę jechać.
Niechętnie i tylko dlatego, że najpierw przez ocean, a potem przez pół subkontynentu leciała do mnie Moja
Wenezuelka. Któregoś przepitego ranka wracali z Chaty chłopaki z Gliwic, więc nie było co się dalej wykręcać - pusty plecak na grzbiet, senne nogi na śnieg, chwilę później jesteśmy na dole, godziny później dojeżdżamy do miasta. Straszą budynki, straszą ludzie i auta i ulice i szarość dookoła, ale obok Człowiek piękny, w domu kominek udaje kominek chatowy, nie jest źle. Błogo bardzo sławieni, przypadkiem spotkani, najbardziej kochani ludzie.
Rano wyczłapujemy się z łóżek - Tomek do pracy, ja na autostradę, z autostrady do Czech - jakieś ciężarówki, jakieś w deszczu spacery po autostradzie, jakieś polsko-czeskie gadki na stacjach benzynowych, jakieś na ostatnią chwilę szukanie kwatery. Odzywa się Krzysiek, za dnia i deszczu łazimy po Brnie gadając o miłości, Gruzji i tramwajach z przerwami na piwo jedno, drugie, kolejne. Odzywa się Tomáš, nocą i deszczem kręcimy się po mieszkaniu mieszając języki, warzywa i historie z przerwami na piosenkę pierwszą, drugą, całonocną.
Pies o lisim pysku doskonale dogaduje się ze mną po polsku.
I rano znowu uścisk-tramwaj-tramwaj-stacja-Wiedeń-parking-ciężarówka-ciężarówka-nocne kilometry po autostradzie, po błocie, przez chaszcze, proszenie jakiegoś pijanego Włocha, amigo, me puedes llevar hasta Udine?, Włoch się patrzy, ciao, bella, ovviamente, andiamo!-autobus-pod daszkiem na Chiarę czekanie. Nocny spacer i nocne wegan rozmowy, poranna decyzja, że nie, nie, żadna tam Wenecja, jeszcze zostać, jeszcze pogadać, taki piękny człowiek, nie można ot tak zostawić za sobą, trzeba razem nogi chociaż trochę schodzić, brzuchy chociaż trochę napchać, z serca i ze łba zrzucić trochę na siebie wzajemnie. Więc spokojny dzień w małym mieście, nocą szczęśliwym trafem przeskok do Triestu. I potem już ten Triest.
Słońce, morze, nad morzem huśtawki, z huśtawek wiadomości, ze wszystkich targów, zamków i nadmorskich huśtawek tęsknię za tobą okropnie, piękne łażenie bezcelowe, piękne ulicznych kotów głaskanie, z nogami na ścianie leżenie. Ktoś dzwoni do drzwi, ale ja nie znam włoskiego, mówię coś po hiszpańsku i dzwoniący strasznie się cieszy, mój boże, przecież ja jestem z kolumbii, mój borze, przecież ty jesteś z kolumbii, a co ty tu robisz, a ty co, i patrz, jeszcze znajoma z chile, o rety, a przecież to moja obczyzna zaadoptowana, cudne nieznaczące nic, zakochane w życiu gadki w progu, jak mi tego brakowało, jak mi Ciebie strasznie brakuje, America hermosa!
Wieczorem pojawia się Moja Wenezuelka i dalej już tak razem: słońce, morze, nad morzem huśtawki, w pięknym łażeniu wpadanie na Ludzi Spode Drzwi, anka, jesteś tu jeden dzień i pozdrawiają cię już na ulicach? Pozdrawiają. Lubię Triest. Bardzo mi jest w Trieście dobrze, zwłaszcza kiedy muzyka za darmo nocą i koło południa po targu porzucone warzywa. Nad łóżkiem okno, nad oknem gwiazdy, nad gwiazdami - ?
Bardzo mi jest dobrze.

I dalej jak zawsze, nic specjalnego, wszystko niesamowite. Wytęskniona mieszanka wszystkich słowiańskich języków, która nie jest żadnym językiem. Połamana Słowenia, tak okrutnie jej lasy zmiotło. Ukochana Ljubljana pełna ukochanych ludzi, mogę przeskakiwać z ramion przyjacielskich w ramiona przyjacielskie i wszystkie je znam doskonale, i żadnego z nich nie spotkałam wcześniej w tym miejscu, i w inne miejsce leci wiadomość, gołe baby na kartce, bo przecież lubisz gołe baby, to masz, a tu jeszcze takie kulturne, z muziejów. Och-ach.
I dalej, już we trzy, bo Chiara, moja włoska, wspaniała, nowa, ale już swoja - nie chciała tak siedzieć, skoro ja jechałam, więc dojechała. I już dalej, we trzy. Jakaś Chorwacja, jakieś wybrzeża i deszcze i kłótnie komunistów i psów po cyckach drapanie, jakieś mgły, zimnice, jakiś dzień w Zagrzebiu rozpoczęty w knajpie, spędzony w knajpie, jakieś spacery i złe przeczucia i wiadomość z daleka piłem, trzeźwieję, nie mam pracy. Moje na szybko pakowanie plecaka, poranne wyjście na drogę, biegiem do Polski, nigdy wcześniej nie chciałam wracać do Polski, a teraz, o rety, już, teraz, być. No i zabierają nas Polacy, zabierają do Budapesztu, obiecują rano odwieźć do Raciborza (nie po drodze, ale co może być lepszego, niż nieplanowana wizyta w Raciborzu?), pozdrawiam ślepe lwy, ściskam Moją Senną Wenezuelkę, przepraszam, że tak krótko, przepraszam, że cię zostawiam, ale wiesz sama, i ona wie i ściska mnie sennie i już dalej autobus-autobus-auto-ciao, Polonia! Pozdrawiam Racibórz każdym pięknym wspomnieniem z niego, każdą zjedzoną truskawką, każdym spacerem z Justyną, każdą kroplą krwi spadającą na podłogę zanim na podłogę spadnę ja i krwioodbiorcza pielęgniarka krzyknie no wiesz, trzeba było zjeść kiełbasę!, pozdrawiam lasy i szyny po drodze, Kraków wieczorem, przyjaciółkę matki przyjaciółki (czyli przyjaciółkę) nocą pozdrawiam. I nic nie mówię, nic się nie przyznaję, że jadę, a i tak już wiedzą, że wracam w góry.
Rano busik, w busiku radio, w radiu Grechuta. Zaczynam nucić i w tej samej chwili słyszę, że mężczyzna za mną pogwizduje. Wpadamy w śmiech, część buska z nami się śmieje, część dołącza się do śpiewu, wszyscy od ucha do ucha uśmiechnięci. Krakowiu, ajlowiu!
I dalej, dalej, lecę już prosto z Remikiem, auto pełne, cała zawartość auta się dziwi, to jak ty żyjesz? jak to - nie pracujesz? to co jesz? gdzie śpisz? i to tak ci się chce? a jakbyś chora była, to jak? i w ogóle, o rety, może książkę napisz, bo to dziwne takie całkiem, że nawet nie wyglądasz na bezdomną, a i ciastka masz dla wszystkich...
Dobrze się gada? Dobrze. Więc Remik podwozi mnie dalej, potem podwożą mnie nogi, gdzieś w środku lasu telefon, kiedy przyjeżdżasz, mówili mi, że przyjeżdżasz, a cię nie ma, jeszcze moment i proszę bardzo, stuk-puk, daj mi jeść i rękę swoją mi daj, i ja w twoje dłonie perswaduję i jest mi to absolutnie nieobojętne.
I gdyby nie te uśmiechnięte oczy, ludzie wytęsknieni, bo niewidziani tak dawno lub tak w ogóle, gdyby nie to, że świat jest tak niesamowicie przepiękny, to można by wcale nie wyjeżdżać. Bo muszę się niestety przyznać, że wszędzie dobrze, ale w Chacie najlepiej.
2014/01/06
na wszelki wypadek załóżmy, że rzeczywistość jest
Nie mogę się zebrać. Jestem w drodze - nie ma internetów. Są internety - wszystko jest już przeterminowane. O przedawnionych chilijskich wikuniach i kuniach mam bazgrać? Aktualne i z siecią to tylko opowieści o kotach wylegujących się na wszystkich grzejnikach domu, ale kogo to poza mną i kotami interesuje?
W każdym razie. Piszczę w kierunku wschodnim. Bardzo. Niecierpliwie kręcę kciukiem i czekając na bardziej namiotową pogodę się kręcę po kraju. Jeszcze dziewięć dni i znów - wreszcie! - nie będę miała żadnego adresu.
I wtedy już tylko nieźdzwiedzie tropy, coraz cieplejsze przydroża, jakieś bagna, jakieś połoniny, jakieś włoskie miasteczka i chorwacka śliwowica. Jeszcze dziewięć dni.
Tymczasem ostatnie nastawianie nalewek, szybkie kończenie rozpoczętych książek, nieudolne próby uporządkowania papierów. A w tym papierach tak - nie wiem skąd to wzięłam, ale drżącą, pośpieszną ręką przepięknie nabazgrana właśnie taka dziewięciodniowość:
x gdzie w takim razie należałoby szukać rzeczywistości?
x na wszelki wypadek załóżmy, że rzeczywistość jest
x teraz jesteśmy, nawet możemy siebie dotknąć, nie tylko intelektualnie, ale też czasem fizycznie
x rzeczywistość jest zamachem na wolność
x mówi pan o nas? no o nas. ale - o nas - nas? no o nas - ludziach.
W każdym razie. Piszczę w kierunku wschodnim. Bardzo. Niecierpliwie kręcę kciukiem i czekając na bardziej namiotową pogodę się kręcę po kraju. Jeszcze dziewięć dni i znów - wreszcie! - nie będę miała żadnego adresu.
I wtedy już tylko nieźdzwiedzie tropy, coraz cieplejsze przydroża, jakieś bagna, jakieś połoniny, jakieś włoskie miasteczka i chorwacka śliwowica. Jeszcze dziewięć dni.
Tymczasem ostatnie nastawianie nalewek, szybkie kończenie rozpoczętych książek, nieudolne próby uporządkowania papierów. A w tym papierach tak - nie wiem skąd to wzięłam, ale drżącą, pośpieszną ręką przepięknie nabazgrana właśnie taka dziewięciodniowość:
x gdzie w takim razie należałoby szukać rzeczywistości?
x na wszelki wypadek załóżmy, że rzeczywistość jest
x teraz jesteśmy, nawet możemy siebie dotknąć, nie tylko intelektualnie, ale też czasem fizycznie
x rzeczywistość jest zamachem na wolność
x mówi pan o nas? no o nas. ale - o nas - nas? no o nas - ludziach.
2013/11/19
Ćwir, ćwir.
(to jest wpis ze ścieżką dźwiękową. dźwięczna wdzięczna ścieżka tutaj)
Pierniczki zaczynają się piec, paragwajski hamak zaczyna pakować się do plecaka, głóg i jarzębina z coraz większym zacięciem zagryzają się na nalewkę. W kalendarzu zakreślam za bardzo odległą datę ich wywozu w las (tyle czasu do grudnia!), odliczam kolejne lekcje (ile jeszcze zdążę na wyjazd zarobić?), po raz kolejny maluję na datach kolorowe kółka (jakby istniała w ogóle szansa, że się zagapię i tę właśnie datę przegapię).
Mam w zeszycie wiele wyjazdowych notatek, po cztery dni w większości tygodni, czasem dłużej. Poznań, Londyn, Białowieża. Sadzenie drzewek na zachodzie, góry tuż po świętach, gotowanie obiadu przepracowanej Gośce gdzieś w centrum kraju - wszystko pięknie zaplanowane czy wykonane. Ale żadna data, żadna, nie jest tak cudownie i histerycznie pomazana, pokreślona, przy żadnej wielkie znaki zapytania nie są tak kolorowo zagryzdane ogromnymi wykrzyknikami, jak dwa dni w autobusach, trzy dni dźwigania pod zaśnieżoną górkę wody ze studni, cztery noce leżenia w zimnej chacie przy gorącym kominku.
Trzeba przyznać, że nic nie wychodzi mi tak chujowo jak niezakochiwanie się.
No, trudno.
Ściskam w mojej nadmorskiej łapie powrotny bilet w bieszczadzkie leśne łapy. Jest rozmemłanie, jest wesoło, jest tragicznie i jeszcze bezczelnie i ślepo próbuję sobie wmawiać, że zachowuję się racjonalnie.
I tak sobie myślę, że z jakiegokolwiek powodu pęka serce - to dobrze, bo przecież to tylko znaczy, że to serce jeszcze jest.
Ćwir, ćwir, ćwir.
Pierniczki zaczynają się piec, paragwajski hamak zaczyna pakować się do plecaka, głóg i jarzębina z coraz większym zacięciem zagryzają się na nalewkę. W kalendarzu zakreślam za bardzo odległą datę ich wywozu w las (tyle czasu do grudnia!), odliczam kolejne lekcje (ile jeszcze zdążę na wyjazd zarobić?), po raz kolejny maluję na datach kolorowe kółka (jakby istniała w ogóle szansa, że się zagapię i tę właśnie datę przegapię).
Mam w zeszycie wiele wyjazdowych notatek, po cztery dni w większości tygodni, czasem dłużej. Poznań, Londyn, Białowieża. Sadzenie drzewek na zachodzie, góry tuż po świętach, gotowanie obiadu przepracowanej Gośce gdzieś w centrum kraju - wszystko pięknie zaplanowane czy wykonane. Ale żadna data, żadna, nie jest tak cudownie i histerycznie pomazana, pokreślona, przy żadnej wielkie znaki zapytania nie są tak kolorowo zagryzdane ogromnymi wykrzyknikami, jak dwa dni w autobusach, trzy dni dźwigania pod zaśnieżoną górkę wody ze studni, cztery noce leżenia w zimnej chacie przy gorącym kominku.
Trzeba przyznać, że nic nie wychodzi mi tak chujowo jak niezakochiwanie się.
No, trudno.
Ściskam w mojej nadmorskiej łapie powrotny bilet w bieszczadzkie leśne łapy. Jest rozmemłanie, jest wesoło, jest tragicznie i jeszcze bezczelnie i ślepo próbuję sobie wmawiać, że zachowuję się racjonalnie.
I tak sobie myślę, że z jakiegokolwiek powodu pęka serce - to dobrze, bo przecież to tylko znaczy, że to serce jeszcze jest.
Ćwir, ćwir, ćwir.
2013/09/20
Papierki.
Wytrzepując z plecaka resztki kamyków, muszelek i im podobnych, potrącam jakiś karton. Podłogę zasypują pocztówki, zdjęcia, notatki, bilety, ... Co tylko chcesz.
Mogłabym przysiąc, że już z pięć kartonów pełnych takich skarbów wyrzuciłam.
Ale przecież wiem, że tego jest... trochę. Że bez pomocy pożaru nie pozbędę się tego wszystkiego (a pewnie nawet i z pożaru wybiegłabym obładowana kartonami wierszy, listków i szkiców na paragonach).
Z bardzo mądrą miną tłumaczę sama sobie, że nie można tak chomikować - ale, cholera jasna, przecież one są ważne. Naprawdę.
A pomiędzy tymi ważnymi/dobrymi/ładnymi/w inny sposób istotnymi tekstami i bibelotkami czasem śpi sobie jakaś na wyrwanej kartce licealna notatka z polskiego. O, proszę, jaka wspaniała ilustracja całego mojego zainteresowania szkolnictwem:
1823 - "Dziady" wileńsko-kowieńskie
1832 - "Dziady" cz. III, Drezno... Mordor. Ratunku.
klęgor
gmach
rozczulenie
przytulenie
gryka
rozkosz
panierka
Piotr
majestat
A.O. GO HOME!
Taki kawał historii. Przecież.
I żeby nie było - zamykając oczy i zaciskając zęby - pozbyłam się ponad dziesięcioletniej kolekcji biletów. Recycle In Peace. Można bić brawa.*
*Oczywiście istnieje jeszcze szansa, że zapłakana pojadę na wysypisko, wygrzebię te papiery i przepraszając je zawiozę je znów do domu, wepchnę do równie potrzebnych zużytych kopert i położę to wszystko gdzieś na środku podłogi, bo przecież gdzie mogą leżeć istotne papiery w domu, który nawet nie jest mój.
Mogłabym przysiąc, że już z pięć kartonów pełnych takich skarbów wyrzuciłam.
Ale przecież wiem, że tego jest... trochę. Że bez pomocy pożaru nie pozbędę się tego wszystkiego (a pewnie nawet i z pożaru wybiegłabym obładowana kartonami wierszy, listków i szkiców na paragonach).
Z bardzo mądrą miną tłumaczę sama sobie, że nie można tak chomikować - ale, cholera jasna, przecież one są ważne. Naprawdę.
A pomiędzy tymi ważnymi/dobrymi/ładnymi/w inny sposób istotnymi tekstami i bibelotkami czasem śpi sobie jakaś na wyrwanej kartce licealna notatka z polskiego. O, proszę, jaka wspaniała ilustracja całego mojego zainteresowania szkolnictwem:
1823 - "Dziady" wileńsko-kowieńskie
1832 - "Dziady" cz. III, Drezno... Mordor. Ratunku.
klęgor
gmach
rozczulenie
przytulenie
gryka
rozkosz
panierka
Piotr
majestat
A.O. GO HOME!
Taki kawał historii. Przecież.
I żeby nie było - zamykając oczy i zaciskając zęby - pozbyłam się ponad dziesięcioletniej kolekcji biletów. Recycle In Peace. Można bić brawa.*
*Oczywiście istnieje jeszcze szansa, że zapłakana pojadę na wysypisko, wygrzebię te papiery i przepraszając je zawiozę je znów do domu, wepchnę do równie potrzebnych zużytych kopert i położę to wszystko gdzieś na środku podłogi, bo przecież gdzie mogą leżeć istotne papiery w domu, który nawet nie jest mój.
2013/08/04
Pocztowka ze srodka.
Noc, autostrada na wjezdzie do Rosario. Zegnam sie z kierowca, zeskakuje z tira, zbiegam po nasypie na stacje benzynowa. Jest ponoc niebezpiecznie, wiec kolo stacji mam czekac na M., ktorego poznalam jakies pol roku temu i calkiem przez przypadek gdzies w centrum Boliwii.
No to czekam. W miedzyczasie: jablko w karmelu od wagabundy myjacego szyby na swiatlach, cztery zaproszenia na piwo i jedna propozycja pracy, po ktorej nastepuje ciag polsko-hiszpanskich bluzgow, ja groznie (tak sobie mowie) wymachuje w powietrzu karmelizowanym jablkiem, kretyn odjezdza krzyczac jeszcze przez okno, glupia dziwka!, ja gratuluje sobie rozwoju slownictwa i tylko ten polski nie wiadomo skad, tyle czasu nie klnelam na glos po polsku. Hm.
W domu koty bardziej podobne do malowanych pum, matka M. wygladajaca mlodziej niz ja (kiedy on uczy sie farmakologii, ona polszeptem opowiada mi seks-historie z podrozy do Rzymu, polszeptem bo przeciez to syn jej ta podroz zorganizowal; no i - myslisz, ze Wlosi sa upierdliwi? Opowiedziec ci cos o Argentynie?), piekne krzaki konopii gdziekolwiek nie wejdziesz, w nocy koszmary, nagle budze sie w Europie, krzycze, probuje wracac, ale zamknieto Atlantyk, nie mozna przedostac sie na druga strone; bardzo dlugi poranek nad yerba, jeden z tych porankow, kiedy jestem prawie pewna, ze bycie glodnym brudem jest piekne, ale moze piekniejsze byloby bycie czystym dzialkowcem.
Moze. A moze (i to, wydaje mi sie, jest wlasnie prawda) jedno i drugie i wszystkie inne trzecie i kolejne - jest absolutnie tak samo wspaniale.
W kazdym razie - uwielbiam taplac sie w mozliwosciach.
2013/07/31
Co sie z toba dzieje?
Czerwone bloto warstwami przyczepia sie do porozrywanych, przeciekajacych butow, tropikalna ulewa, dwa stopnie (tak, zima, dwa stopnie) i wiatr i trzesiesz sie brnac w strone (masz nadzieje) jakiejs stacji benzynowej. Zalosna kupka przemoczonych szmat i watlych miesni, ktora wreszcie ktos zgarnia na przyczepe, ktora potem pol-noca lezie przez las, przez nic, w srodku niczego podbiega do jakiegos zaparkowanego auta, hej, wiem, ze jestes pijany i zatrzymales sie tylko odlac, ale tak z 20km moze moglbys mi pomoc, tuku-tuku, 20km dalej jest dom kogos, kto ma kominek i psy i wino; mokre szmaty sie susza, wino sie grzeje, ty sie suszysz i grzejesz i w ogole, wreszcie, nawet bloto mozna zdrapac z butow, nawet w jakies smiesznie male, suche latynoskie butki mozna pol stopy wcisnac.
Sa dni, kiedy nie ma nic lepszego, niz jakies gorace warzywo i swiety spokoj pod dachem.
Dawca dachu rozumie doskonale; w Cuzco probowal opchnac ci jakas niepotrzebna wycieczke na Machu Picchu, w Sucre probowalas mu opchnac jakas niepotrzebna bransoletke, w Uyuni tanczyliscie na zalanym solnisku, zawsze na skraju glodu i biedy. Na skraju, czyli szalenie bogaci, bo jakies soles, jakies brzeczace bolivianos z tych wlasnie bransoletek, wycieczek, kanapek, kelnerzen, sprzatan, w czym sie tam nie pracowalo, zawsze te grosze oplacaly talerz ryzu czy juki czy kilo przejrzalych bananow. Rozumie doskonale, bo przy takim bogactwie i takiej ulewie pierwsze, co robisz, to przylepiasz sie do jakiejs opuszczonej przez dzieciaki mamy = cieplego zarcia i darmowego domu bez presji na bycie super viajero. A skoro ta opuszczona mama jest stara hipiska, przyklejasz sie na jakis czas.
Przyczepiasz sie do niej, przytulasz sie do niej, przysluchujesz sie jej i kiedy tylko wraca slonce, cieplo, bloto zaczyna schnac, leziesz dalej. Zepsutym butem, ciezarowka trzciny cukrowej, pelnym dymu domem na kolkach, gdzie na wejsciu wreczaja ci psa, piwo, salatke owocowa i zaproszenie do Buenos Aires. Na pare dni wracasz do Paragwaju, bo jak nie wiadomo dokad, to najlepiej nad Parane; troche darowanych resztek z restauracji, troche zumby w butach trekingowych, troche krzywego polskiego w rozmowach z jedna szalona o najpiekniejszych lokach swiata, za ktorej posrednictwem rzad USA wrecza ci trzy paczki kondomow o smaku czekolady i myslisz, borze zielony, Gringolandia naprawde rowna sie konsumpcji.
Twoj tirowiec zasypia po drodze, wiec wlasnymi nogami, innymi kolami, wszystkimi silami itd. w dol rzeki, wracajac do troche znanych miejsc, siorbac mate i pisac bajki.
Ktos wyciaga gitare, ktos wyciaga z ubran nitki, ktos wyciaga z kitki witki, z jezyka piosenki, z miodu pszczele nozki, woda jest zimna, ale wlazisz do rzeki, ratownik gwizdze, nie-nie, dalej leziesz w rzeke, ratownik marudzi i krzyczy, ty marudzisz i wracasz na brzeg i dalej juz nieufnie zerkacie w swoje dwie niezgodne strony. Nacpana adwokat krzyczy, ze weganizm nie ma przyszlosci, ze Argentyna uber alles i ze takie przeceny na buty, ty podciagasz kolana pod brode i rety, jak dobrze byc toba, z twoim slodkim jablkiem w twoich cichych ustach i z twoja stopa lewa i prawa bezczelnie bosa.
Piekni ludzie pieknie wracaja na twoja piekna droge. Kot spi na sloncu, spiewa maszyna do szycia, na cieplym piasku nogi wyciagasz niesmiertelnie.
Sa dni, kiedy nie ma nic lepszego, niz jakies gorace warzywo i swiety spokoj pod dachem.
Przyczepiasz sie do niej, przytulasz sie do niej, przysluchujesz sie jej i kiedy tylko wraca slonce, cieplo, bloto zaczyna schnac, leziesz dalej. Zepsutym butem, ciezarowka trzciny cukrowej, pelnym dymu domem na kolkach, gdzie na wejsciu wreczaja ci psa, piwo, salatke owocowa i zaproszenie do Buenos Aires. Na pare dni wracasz do Paragwaju, bo jak nie wiadomo dokad, to najlepiej nad Parane; troche darowanych resztek z restauracji, troche zumby w butach trekingowych, troche krzywego polskiego w rozmowach z jedna szalona o najpiekniejszych lokach swiata, za ktorej posrednictwem rzad USA wrecza ci trzy paczki kondomow o smaku czekolady i myslisz, borze zielony, Gringolandia naprawde rowna sie konsumpcji.
Twoj tirowiec zasypia po drodze, wiec wlasnymi nogami, innymi kolami, wszystkimi silami itd. w dol rzeki, wracajac do troche znanych miejsc, siorbac mate i pisac bajki.
Ktos wyciaga gitare, ktos wyciaga z ubran nitki, ktos wyciaga z kitki witki, z jezyka piosenki, z miodu pszczele nozki, woda jest zimna, ale wlazisz do rzeki, ratownik gwizdze, nie-nie, dalej leziesz w rzeke, ratownik marudzi i krzyczy, ty marudzisz i wracasz na brzeg i dalej juz nieufnie zerkacie w swoje dwie niezgodne strony. Nacpana adwokat krzyczy, ze weganizm nie ma przyszlosci, ze Argentyna uber alles i ze takie przeceny na buty, ty podciagasz kolana pod brode i rety, jak dobrze byc toba, z twoim slodkim jablkiem w twoich cichych ustach i z twoja stopa lewa i prawa bezczelnie bosa.
Piekni ludzie pieknie wracaja na twoja piekna droge. Kot spi na sloncu, spiewa maszyna do szycia, na cieplym piasku nogi wyciagasz niesmiertelnie.
Suscribirse a:
Entradas (Atom)




