Etiquetas

2011/12/04

Kenny. Andrea.

We're in a scooby-doo van, going to Canos de Meca, you're gonna love it, we'll grab you from Tarife!

Ok. Jechałyśmy z Gibraltaru w czwórkę, podzielone na dwa samochody, i tak miałyśmy się tam spotkać - tyle osób nas tam odsyłało, bo pięknie, najpiękniej, i Afryki można już prawie dotknąć! To jedziemy, a skoro ktoś chce nas stamtąd zabrać w jeszcze lepsze miejsce - jedziemy tym bardziej.


Na miejscu - wiatr, straszny wiatr, coś dziwnego na początku i nie do wytrzymania już po chwili. Pięknie, fakt. Ale tak okropnie, okropnie dmucha. Najwięcej jest ponoć w Tarife samobójstw. Nic specjalnie dziwnego.

Na miejscu - Maja i Dunja i ich kierowca. Scooby-Doo van. Przepiękny. Kierowca: Kenny, zgarnął dziewczyny na granicy z Gibraltarem; po chwili okazało się, że naszego półwyspiańskiego hosta zna od dzieciństwa, więc z chęcią, z chęcią zabierze nas w jakieś ciekawsze miejsce. W ogóle zawiezie nas wszędzie, gdzie tylko chcemy. Zresztą, nawet i bez tej znajomości zabrałby nas wszędzie. Kochany człowiek. Excellent, excellent, cheers!

W Tarife co raz wpadamy na jego znajomych. Surfuje, oni tu wszyscy surfują, więc wszyscy się znają. Pali, oni tu wszyscy palą, więc jak mają się nie znać? Cheers, cheers, odkrusz sobie trochę, my jedziemy dalej.

Miałyśmy wybrać miejsce, parę miejsc nam pokazał... Wszystko piękne. Najpiękniejsza sama trasa: ten cudowny samochód, kaktusy przy drodze, floydzi, haszysz i nasza droga na zachód, w stronę zachodzącego słońca. Nasza rozanielona piątka. Wish you were here.
Więc miejsce... z którejś plaży wskoczyliśmy do zimnej wody, wysuszeni resztką słońca i nadmiarem wiatru podjechaliśmy ostatecznie do Canos. Kenny jechał dalej, na ekskluzywną imprezę, na którą się nie nadawałyśmy, więc przebrałyśmy się tylko prędko (chorwackie "prędko"), zostawiłyśmy graty w aucie - gdzieś przepijemy czy prześpimy noc, zobaczymy się rano. Cheers!

Jeden jedyny problem, że pieniędzy mało, w Canos zimno, a śpiworów brak. Pub, jakiś pub... Bardzo wspaniały, z tłumem w środku i wielkim, spokojnym ogrodem pełnym hamaków i materacy. Ktoś pije, ktoś zasypia. Sprawiedliwy podział.
Ale pub kiedyś się zamyka, policja przepędza kiedyś palących (wracają po chwili), trzeba kiedyś położyć się w spokojnym miejscu. W jakimś miejscu, w którym nie rozdepcze nas przypadkowe pijane stadko, gdzie nie będzie nam chuchać na karki ta marudna straż.

Więc zimna, wilgotna noc na plaży. Ktoś opowiada dziewczynom o miejscu, w które możemy się przenieść, jeśli zostajemy tu na dłużej. Jego pies biega dookoła nas. Podniosłam głowę, on mnie pogłaskał, śpij dalej, spokojnie. Dla mnie ta noc polegała na przekręcaniu się w ten sposób, żeby jak najmniejszą powierzchnią dotykać wilgotnego piasku; one głównie zachwycały się Andreą.

Podszedł raz, bo widział, że nie mamy gdzie spać. Kiepski pomysł z tą plażą - jest lasek, trochę za miastem, tam można się rozbić, można spać po prostu na ziemi jeśli wiesz, jak omijać toalety. Nie wieje, jest sporo ludzi i sporo psów. Taki wielki dom bez dachu, większość jest przejazdem, sporo zostaje na dłużej.

On - on nie wie sam. Tak jeździ. Czasem w większych miastach puszcza bańki mydlane - ogromne mydlane bańki ze sznurka, można troszkę na tym zarobić, starcza na jedzenie dla niego i psa. Tak jeździ. Ze zwierzakiem trochę ciężej złapać stopa, ale da się, tu jest dobrze, ludzie są dobrzy dobry klimat, palemki i ciepłe morze. Bardzo jest dobrze.

Pies ma dredy za uszami i chustkę na szyi. Andrea - trochę wszystkiego na głowie, najspokojniejszy, ciepły uśmiech, jakąś pasiastą szmatkę zasłaniającą kawałek pięknego, zdrowego ciała. I bardzo piękne, zdrowe życie, i bardzo ciepłe serce - to on i to pies. Złote stworzenia.

Spotkaliśmy się potem w ciągu dnia przez przypadek kilka razy, trochę na chwilę i na zawsze trochę. O niczym, o wszystkim. Razem, każdy osobno, każdy do czegoś się uśmiecha. Z bezsennego powarkiwania płynnie przechodzimy w mruczenie. Obserwacje znad porannego soku: każdy tu ma dreda, choćby jednego, choćby malutkiego. Ładne to. Trochę śmieszne.

Więc parę razy trochę całkiem i trochę wcale się spotkaliśmy; i całkiem nie potrzeba prób opisu, bo jak wszystko, jak nic opisać? Wrócił do nas potem Kenny, excellent!; Kenny, którym tak strasznie cieszyły się dziewczyny, którym cieszyły się troszeczkę, minimalnie mniej po tej nocy. Jednak czegoś brakuje. Wolność a wolność. Cieszyły się może troszkę mniej dlatego, że ich wolność jest bliżej niego, że to nie pies w kudłach i chustce.

Znowu to morze kochane, wesoły van, piękna droga z Kennym i dalej do domu, w Maladze znowu Malaga, po Hiszpanii znowu inna jakaś migracja. Każdy po swojemu, osobno, razem, tak samo, zawsze inaczej. Bardzo wszystko przepięknie, nie zawsze.
Pytałam Maji o imię tego Włocha całkiem niedawno. ANDREA, it's Andrea, ej chica, I'll always remember that!

No hay comentarios:

Publicar un comentario