Etiquetas

2011/07/07

o deszczu, domach i podróży w miejscu.

Każda chmura ma swoje imię. Czasem ktoś patrząc w niebo to imię odgadnie, wypowie na głos, i wtedy taka chmura opada na ziemię. Jako jezioro, jako deszcz. Przynajmniej na Litwie, przynajmniej według Ivaškevičiusa.

Naciągam kaptur jak najbardziej przemakalnej bluzy, wciskam ręce w kieszenie, wybiegam w deszcz. Czy raczej: w urwanie chmury, w chmurę właśnie. Cholernie domyślni są ostatnio Dolnoślązacy, albo może -tajemny najazd Litwinów? Nie wiem. Wiem tyle, że leje, leje przecudnie, a w tej ulewie zielony groszek (jestem głodna) i biblioteka za rzeką (skończyłam właśnie ostatnią książkę).

Więc proszę: obrabowuję grządkę, przeskakując przez ślimaki pędzę do miasteczka, wciskam książkę pod bluzkę gdzieś w okolicy mokrego groszku, i znów pozdrawiając wszystkie winniczki wracam nawet szybciej - papier mimo wszystko przemaka. Zwycięstwo, dom, zasapany uśmiech półtopielicy.


Wszystko: niby nic nowego. Ile razy lało. Ale to wszystko jest świeże, krew szybko krąży, głowa całkiem inna, całkiem taka sama. Wszystko jest nowe, jeśli jest przeżyte.
Nie jestem w podróży, ale właśnie tak się czuję: bez żadnych tam górnolotnych metafor, fizyczna aż radość z ruchu i mocniejsze odbieranie. I przede wszystkim: przekonanie, że niezależnie od tego, co się dzieje, jakkolwiek źle by nie było - wszystko się uda.

A właśnie przed chwilą było źle, zwyczajnie, z własną głową. W trasę właśnie wtedy ruszyć trzeba, koniecznie, pilnie. Nie zawsze i niekoniecznie fizycznie. Własne ukochane, ale jednak uzależnienie od bycia w drodze niech zostanie ze mną, tego reklamować nie wolno.

Viva el viaje interno!, podróż wewnętrzna tania i piękna, najważniejsza. Ciągłe wracanie do siebie.

No hay comentarios:

Publicar un comentario