Etiquetas

2011/08/17

Najpiekniejsze przypadki swiata.

Zimny, pazdziernikowy dzien. Do mojego pol pokoju w Poznaniu przyjezdza na dwa dni gosc - przemeczona autostopowiczka w mokrej drodze przez Polske. Nie znamy sie, nie poznamy sie - ale wszystko jest w porzadku, ona ma gdzie odpoczac, umyc sie i napic grogu, ja swoja uczelniania robote. Polrozmowki znad wlasnych zadan i nie potrzeba wiecej.

Widzimy sie kilka dni pozniej we Wroclawiu, bo przypadkowo jestesmy tam obie. Poszukiwanie pewnego specjalnego krasnala, krotki spacer - tyle.

Ale przeciez po drodze jeszcze sie okaze, ze zadna z nas nie byla w Moldawii. Wiec jedziemy. Jedziemy i nagle - jest przepieknie, jest wlasnie tak, jak nigdy nie bylo, jest wszystko to, czego zawsze brakowalo - dlaczego zazwyczaj jezdzi sie samemu. I dokladnie wszystko jest naturalne: to, ze widzimy sie po ponad pol roku nagle w goracym parku w Bukareszcie, ze prze trzy tygodnie zywimy sie z drzew, smietnikow i monastyrow, razem chorujemy, pijemy i kapiemy sie pod wodospadami czy w swietych zrodelkach, a ktoregos ranka kazda znow jedzie zwyczajnie w swoja strone.

I ze przez rok wlasciwie nie mamy kontaktu, a potem wystarczy powiedziec Czesc, bede w okolicy, moze spotkamy sie w Salonikach? i chwile pozniej odbieram Sofie ze statku, placzac ze szczescia. Nie ma pomyslu na zwiedzanie miasta? Tym lepiej, pojedzmy do Macedonii! Wiec jedziemy. Jedziemy i znow - jest dokladnie tak, jak byc powinno, ze wszystkimi glodowkami, burzami w gorach i polsennym pozegnaniem w przygranicznej komunie. Do zobaczenia, tyle wiemy - bedzie dobrze znow, kiedys, gdzies, bez wlazenia sobie w zycia w miedzyczasie.


Do Poznania wprowadzka na szybko, do pierwszego mieszkania, w ktorym jeszcze jest dla mnie miejsce. W pokoju juz mieszka Aga - Aga ma Artura, i tak powoli zaczynamy sie dzielic: pokojem, czasem, czlowiekiem. Kiedy znika mieszkanie i wspollokatorka, nie znika wszystko; nagle przez przypadek zagniezdza sie czlowiek w zyciu nowy; ciezki i inny - i ja jestem beznadziejna; i nie widzimy sie czesto, poza krotkim czasem, kiedy dzielimy dom albo krotka droge; ale tyle mozemy sobie wzajemnie uswiadomic, pomoc i napsuc przez przypadek, ze tylko czasem dociera, jak bardzo cholernie to jest przepiekne.


Ljubljana wczesna wiosna, noc zaraz po koncercie. Janez nie ma fajek, nie ma trawy, nie ma juz dla mnie cierpliwosci - wiec hej, moze poznamy te dziewczyny z butelka wina? I ta butelka przechodzi w jedna z piekniejszych nocy (z rodziny tych pieknych godzin, kiedy trzeba sie troche postarac, zdziebko tylko wychylic poza sztuczne ograniczenia, a swiat sie juz dalej dzieje niewyobrazalnie dobrze). No i tyle, wiemy, jak sie znalezc, ale tez wiemy, ze nie ma specjalnie do tego powodow, bo po co narazac dobre wspomnienie, konfrontowac z codziennoscia; kazdy jedzie do siebie, znow, dobrze jest.

Ale w lipcu przecinam Chorwacje, nie mam gdzie spac - dziewczyny akurat odwiedzaja swoje rodziny. Wiec dobra, czemu nie, moge wpasc na dzien czy dwa.
I te dwa dni nie krzywdza pamieci, bynajmniej. Bez specjalnych staran jest znow zwyczajnie dobrze. Wiec moze sie do nich wprowadze?

No to sie wprowadzilam. Miesiac jeszcze potem w trasie - i nagle Malaga, zamiast spiworu w krzakach - wlasny pokoj w centrum centrum, zamiast smiania sie do wlasnych mysli przy drodze - podtopienie ze smiechu w czasie wspolnej proby doplyniecia do statku.
Najzwyczajniejsze, najlepiej dzielone zycie - i najtrudniejsza, najwazniejsza sprawa: wpasc nawet nie na siebie samego, ale na ludzi, z ktorymi dzielic sie soba mozna wzajemnie i dobrze dla wszystkich.

No hay comentarios:

Publicar un comentario